Notatki o kulturze: łacina w języku polskim

Ten temat wywołał Pan Mariusz W. pisząc: „Nie zgadzam się z wtrącaniem łaciny do języka polskiego – język polski jest na tyle bogatym, że zapożyczenia (niezależnie czy są z języka łacińskiego, angielskiego czy innego) w większości przypadków są niepotrzebne.
Napisał to w swoim tekście o niepełnosprawności. Zareagował na to Pan Mateusz Karol K: „Tak poza głównym tematem, a w kwestii wtrącania łaciny (czy innych języków obcych, ostatnimi laty angielskiego) polecam dziełko “Barbaryzmy albo dziwolągi językowe” dziewiętnastowiecznego literata Józefa Blizińskiego. Dostępne jest ono tutaj http://www.polona.pl/dlibra/doccontent2?id=12354&from=&from=generalsearch&dirids=15&lang=pl .
Za barbaryzmy autor uznał takie słowa jak agresywny, analfabeta, aparycja, auspicje czy adaptacja (żeby nie wychodzić poza pierwszą literę alfabetu). Oczywiście wiele z tych wymienionych w książce “dziwolągów” zanikło i nikt ich dziś nie używa, ale bez wielu z nich trudno wyobrazić sobie współczesną polszczyznę i chyba nikt dziś nie powie, że nie powinniśmy mówić, że ktoś jest agresywny, bo przecież możemy powiedzieć napastniczy czy zaczepny. Język się zmienia”.

Ja zawsze uczyłem swoich studentów, że Polska jest najbardziej europejskim narodem. Podawałem jako przykład tego język i kuchnię (którą jako jedyni mamy międzynarodową). Niemcy mówią po niemiecki, Francuzi po francusku, a Polacy po europejsku – mamy tysiące słów pochodzenia łacińskiego, niemieckiego (choćby „szlafrok” czy nazwy wielu narzędzi i, chyba, „farba”), francuskiego (np. frykas), ukraińskiego (bohater), rosyjskiego, z języków azjatyckich, z języka Żydów polskich (fajne) itd.

Uświadamiałem to sobie szczególnie podczas pobytu na Słowacji, która ma „nieskażony” język od ponad tysiąca lat i stad np. mówią „po słowiańsku” stanica, a nie jak Polacy „stacja” (też moglibyśmy mówić „stanica” i mówimy, ale tylko na wodną), mówią „odbyt”, a nie eksport (my jeszcze w XIX w. mówiliśmy „odbyt”).

Uświadomiłem sobie to również podczas pobytu we Włoszech, gdzie mówiłem po polsku i mnie rozumieli, a oni mówili po włosku, a ja ich rozumiałem (słowa były prawie takie same, choćby ta przytoczona poniżej „akcja”).

Uświadamiałem sobie to ucząc studentów precyzyjnej filozoficznej łaciny – uświadamiając im np. różnicę pomiędzy znaczeniami terminów „actio” i „operatio” na przykładzie terminów „akcja” i „operacja” czy znaczenia terminu łacińskiego „res” zestawiając go z polskimi terminami „rzecz”, rzeczywisty” – „rzeczywistość” – realność – realny.

Polacy w genialny sposób potrafili wchłaniać z innych kultur bez szkody dla siebie, a z wielkim pożytkiem pewne ich elementy (w tym językowe). Chodzi tylko o to, by przyjmować rzeczy cenne a nie byle co. Nie warto oczywiście „schamiać” języka przez zastępowanie płaskimi amerykanizmami polskich głębokich słów, ale warto przyswajać to co ułatwia życie (Pan Mariusz W. używa zamiast słowa sms tasiemcowego określenia „telefoniczna wiadomość tekstowa”, ale przecież słowa „telefon” i „tekst” są „obce”) lub pogłębia i poszerza możliwości. Wiele lat walczyłem o wprowadzenie do języka polskiego tak głębokich intelektualnie słów jak „subsystencja” i „subsystować”, by mogły występować obok takich słów jak „partycypacja” i „partycypować” (co wcale nie oznacza tylko „uczestniczyć”).
Marzyłbym również o tym, by wprowadzić do języka polskiego takie słowa jako amor, connaturalitas, caritas, amicitia (co nie do końca znaczy przyjaźń). Polski chłopak może powiedzieć dziewczynie tylko: „Kocham cię”. Łaciński chłopak może powiedzieć jej: „Ja amor cię”, „ja caritas cię” lub „ja connaturalitas cię” albo „ja amicitia cię” i w ten sposób wyrazi więcej i wyrazi się bardziej precyzyjnie (ja zawsze swojej żonie mówiłem „ja amor cię” i wiedziałem, że nie odpowie mi „ja caritas cię”).

Kochać swój naród, swoja kulturę, swój język to znaczy chcieć dla nich dobra (niezależnie od tego skąd to dobro pochodzi – łazanki są z Węgier, a schabowy z kapustą z Apulii), a nie akceptować tylko to, co „nasze”.

Szlachetniejmy i ubogacajmy się wciąż czerpiąc z osiągnięć innych narodów, ale nie naśladujmy ślepo innych – a tylko w tym, co warto, co jest najwyższej jakości w każdej perspektywie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Notatki o kulturze. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

13 odpowiedzi na „Notatki o kulturze: łacina w języku polskim

  1. Aleksandra pisze:

    Moim zdaniem co innego przysposabiać słowa z innych języków, a co innego wprowadzać je do naszego języka w niezmienionej formie – jako makaronizm. Skoro komputer został wynaleziony w kraju anglojęzycznym i w tym kraju nazwany, to oczywistym jest zaadoptować to słowo, a nie na siłę wymyślać nowe. Nasz język rządzi się jednak pewnymi prawami i dziwnie mi brzmi stwierdzenie „ja amor cię”, bo jak to słowo odmieniać? Nie możemy stosować tej samej formy we wszystkich osobach (ja amor, ty amor, on(a/o) amor etc.), bo nasz język wyróżnia temat i końcówkę czasowników. O ile używanie utartych zwrotów łacińskich uważam za pożyteczne i nie kolą mnie w uszy (takie jak nota bene, summa summarum, explicite etc.) to już inne makaronizmy mnie drażnią, a zwłaszcza te z języka angielskiego. Choć sama posługuję się tym językiem całkiem nieźle to nie mieszam języka polskiego i angielskiego.

  2. krajski pisze:

    To „Ja amor cie” to był taki żart.

  3. Mateusz Karol Ka pisze:

    Akurat łacina też ma deklinacje i koniugacje i w wypadku zapożyczania słów można by z nich korzystać (pamiętam, jak kilka lat temu Janusz Korwin-Mikke nazwę partii Libertas konsekwentnie odmieniał podług łacińskiej deklinacji np. „w Libertate”). Problem jest taki, że coraz mniej osób zna łacinę (choć osoby pretendujące do bycia częścią klasy średniej choćby podstawy łaciny znać powinny, nawet jeśli zaprzestano jej wykładania w polskich szkołach). No i nade wszystko to raczej wyimaginowany problem, język ma to do siebie, że żyje własnym życiem i żadne Rady Języka Polskiego i inne tego typu twory nie zmienią jego kształtu.
    W temacie mieszania polszczyzny i angielszczyzny, podobnie jak Pani Aleksandra wcale nieźle znam angielski i obu języków nie mieszam, bo nie mam takiej potrzeby. Nie żywię też jednak potrzeby, jaką ma wielu samozwańczych obrońców języka polskiego, by atakować osoby, które swobodnie wplatają tony makaronizmów do swojego języka. Nie pierwszy to raz i nie ostatni, gdy tak się dzieje — wystarczy sięgnąć po pamiętniki Paska, by zobaczyć, że w siedemnastowiecznej Polsce szlachcic potrafił wkładać latynizmy do niemal każdego zdania. Nie zniszczyło to mimo wszystko języka, a pewnie i wtedy znalazł się ktoś piejący jeremiady, że polszczyznę należy chronić, bo inaczej, ani chybi, lada chwila język polski umrze.

  4. Aleksandra pisze:

    Kwestia jest tylko taka, że jeśli chodzi o mnie wcale nie uważam, że język polski umrze z powodu makaronizmów. Uważam, że człowieka na poziomie wyróżnia to, że włada swobodnie językiem ojczystym i nie potrzebuje zapożyczeń. Mam wrażenie, że ludzie nie robią tego bo faktycznie potrzebują tego konkretnego znaczenia danego słowa (jak choćby przytaczany wielokrotnie przykład słowa „miłość”, który w języku łacińskim ma bogate odmiany znaczeniowe) tylko dlatego, że to jest w jakiś sposób modne, bo można się popisać znajomością języka obcego (a w większości nie znajomością języka, a pojedynczych słów) i to mnie drażni. Najgorszym zdaniem jakie kiedyś usłyszałam było „Mieszkam teraz we flacie, który ma trzy bedrumy, a z tyłu ładny garden.” – czyż nie „urocze”?

  5. Mariusz W. pisze:

    Przepraszam, nie zauważyłem że powstał osobny wpis na ten temat i odpowiedziałem w poprzednim wpisie. Napiszę jeszcze raz tutaj dla przejrzystości. Wiadomość w poprzednim wpisie można przy moderacji usunąć.

    Chodziło mi zarówno o wtrącanie całych powiedzonek, jak i o ogólne używanie zapożyczeń jeżeli mają polskie odpowiedniki.
    Ja nigdy nie używam zwrotów „savoir vivre” czy „nota bene”, zastępuję je polskimi odpowiednikami. Podobnie z wieloma innymi słowami czy zwrotami, nawet jeśli polskie odpowiedniki są o wiele dłuższe od potocznie używanych zapożyczeń, np. „e-mail” i „poczta elektroniczna”.
    Nie jestem przeciwny zapożyczeniom. Stanowią one naturalny proces wzbogacania języka. Przykładowo, słowo „komputer” nie ma polskiego odpowiednika, więc jak najbardziej słusznie zagościło w języku polskim po uprzednim spolszczeniu słowa „computer”. Poprzednia wersja „maszyna licząca” nie bardzo pasowała, gdyż komputery nie służą tylko do liczenia. Podobnie słowo „ewent” pochodzące od angielskiego „event”. Choć tłumaczenie tego słowa brzmi „zdarzenie”, to jednak niestosowne wydaje się rozciągnięcie polskiego odpowiednika na niektóre rzeczy oznaczane angielskim „event” – dużej (pojęcie względne) imprezy z muzyką klubową. Mało kto wie, ale nawet taki wyraz jak „chleb” jest zapożyczeniem z języka czeskiego.
    Ale jeżeli mają one polski odpowiednik, który znaczy i wyraża identycznie to samo, to za bardziej stosowne uważam posługiwanie się właśnie polskim odpowiednikiem.
    Oczywiście, z dwojga złego wolę zapożyczenia z łaciny niż z angielskiego. „Ursus” brzmi zdecydowanie bardziej swojsko i znakomicie się sprawdzało jako marka ciągników niż gdyby nazwano je po polsku „Niedźwiedź”. Ale nie widzę powodu by wtrącać w wypowiedziach wrażenia typu „pro bono publico” czy „dura lex sed lex”. Osoba posługująca się takimi wyrażeniami w normalnej rozmowie robi wrażenie bardziej inteligentnej i mocno wykształconej. Ale po to mamy nasz język ojczysty, o który nie raz walczyli nasi przodkowie, aby posługiwać się dziś językiem obcym, nawet tylko dla wybranych sentencji. Zwłaszcza przy takim zalewie zapożyczeń jaki mami teraz, gdzie kiedy mówię że wyślę „telefoniczną wiadomość tekstową” to zazwyczaj w celu zrozumienia mnie muszę doprecyzować, że chodzi o „SMS”. Oczywiście telefon i tekst, jak Pan słusznie zauważył nie pochodzą z języka polskiego, ale nie posiadają one polskich odpowiedników w jednoznaczny sposób określających daną rzecz.

    Przytoczył pan sytuację z odbytem i eksportem. To trochę nietrafione porównanie, gdyż „odbyt” w języku polskim nie oznacza tylko sprzedaży towarów za granicę, ale także część ciała. Wprowadzenie nowego słowa, które jednoznacznie określa tylko sprzedaż towarów za granicę jest znośne. Co innego sytuacja, kiedy zarówno polski odpowiednik jak i zapożyczenie oznaczają identycznie to samo. Mi się bardzo podoba sytuacja, kiedy Niemcy zamiast „weekendu” mają „Wochenende”. Albo, co jeszcze gorsza, kiedy zapożyczenie na gruncie polskim zmienia znaczenie. Mieliśmy „samy”, „supersamy” i „megasamy” a mamy „markety”, „supermarkety” i „hipermarkety”. Podczas gdy „market” w języku angielskim oznacza „rynek”.

  6. Mateusz Karol Ka pisze:

    “Mieszkam teraz we flacie, który ma trzy bedrumy, a z tyłu ładny garden.” Moda na zdanka tego typu była już w wieku siedemnastym, tyle że rolę angielskiego odgrywała łacina. Jest to śmieszne i tandetne, gołym okiem to widać, ale było, jest i będzie stosowane.

    „Ja nigdy nie używam zwrotów „savoir vivre” czy „nota bene”, zastępuję je polskimi odpowiednikami. Podobnie z wieloma innymi słowami czy zwrotami, nawet jeśli polskie odpowiedniki są o wiele dłuższe od potocznie używanych zapożyczeń, np. „e-mail” i „poczta elektroniczna”.
    Nie jestem przeciwny zapożyczeniom. Stanowią one naturalny proces wzbogacania języka. Przykładowo, słowo „komputer” nie ma polskiego odpowiednika, więc jak najbardziej słusznie zagościło w języku polskim po uprzednim spolszczeniu słowa „computer” Na upartego można by utworzyć sztucznie nowe słowo na nazwanie komputera, tak, jak utworzono sztucznie słowo podomka. Tylko po co?
    Nie tylko Niemcy zrobili swój własny odpowiednik weekendu — Hiszpanie mówią fin de semana, Portugalczyczy fim de semana, Włosi fine settimana. My też moglibyśmy mówić koniec tygodnia. Ale przyjęło się, że nie mówimy, tak, jak nie mówimy o adresie elektronicznym tylko po prostu o (e-)mailu. Hiszpanie mówią correo electronico. I nie mówią raczej ok, tylko vale.
    „Albo, co jeszcze gorsza, kiedy zapożyczenie na gruncie polskim zmienia znaczenie. Mieliśmy „samy”, „supersamy” i „megasamy” a mamy „markety”, „supermarkety” i „hipermarkety”. Podczas gdy „market” w języku angielskim oznacza „rynek”.” Ale to jest przecież najzwyklejszy proces językowy! Słowo market oznacza nie tylko rynek, ale i bazar. Duże sklepy w niektórych krajach anglojęzycznych określa się mianem supermarketów. I tak w Hiszpanii i Portugalii mamy supermercado, we Włoszech supermercato, w Niemczech Supermarkt, we Francji supermarché…
    Słowo poganin (łac. paganus) pierwotnie znaczyło po prostu wieśniak (od pagus, i — wieś), bo na wieś nie dotarła jeszcze dobra nowina, więc wieśniak w Jezusa Chrystusa nie wierzy. Pierwotne znaczenie słowa zostało całkowicie zatracone.
    Nigdy nie użyłem słowa ewent (i słowniki go chyba póki co jeszcze nie dopuszczają) — imprezę klubową można nazwać po prostu imprezą klubową. Ale skoro jest potrzeba w stosowaniu tego słowa to język to słowo przyjmie. Nie ma co się na nie burzyć.

  7. Mariusz W. pisze:

    Wbrew pozorom gdzieniegdzie znaleźć jeszcze można „adresy poczty elektronicznej” i, co ważne, jest to zwrot powszechnie rozumiany. Z „końcami tygodnia”, „samami” i „telefonicznymi wiadomościami tekstowymi” jest już znacznie gorzej, nie każdy wie o co mi chodzi.
    Co do ewentu, nie każda impreza klubowa jest ewentem. Imprezą klubową mogą być czyjeś urodziny – ktoś wynajmuje sobie cały klub dla siebie, zaprasza tylko swoich znajomych i jest impreza klubowa. Na imprezie klubowej muzyka niekoniecznie musi być klubowa (tu kolejny haczyk, bo nie każdy klub gra muzykę klubową). Na imprezie klubowej niekoniecznie muszą występować zaproszeni artyści, wystarczy sam rezydent klubu.
    Ewent to natomiast duża impreza odbywająca się nieregularnie lub okazjonalnie, z muzyką klubową, gdzie występują zaproszeni artyści według ustalonego rozkładu czasu. Może się odbywać poza klubem, np. w hali. Zazwyczaj nie dopuszcza się utworów na żądanie ani pozdrowień. Zazwyczaj też planowana na kilkaset lub kilka tysięcy uczestników. Chociaż nie ma jednoznacznej granicy, kiedy impreza klubowa staje się ewentem. Ale jeśli ktoś mi rzuci hasło „ewent”, to zazwyczaj wiem czego się spodziewać. W przypadku „imprezy klubowej” za bardzo nie wiem, czego się spodziewać, bo definicja ma dość szeroki zakres.
    Podobne rozróżnienie można wprowadzić pomiędzy „klubem” a „dyskoteką”.

  8. Mateusz Karol Ka pisze:

    W takim razie to kolejny dowód, że słowa zmieniają znaczenia, bo mianem eventu można po angielsku określić każde wydarzenie, nawet np. ślub. Spotkałem się w słowniku polsko-hiszpańskim z tłumaczeniem „wydarzenia” przez „evento”.

  9. Bubu pisze:

    Hm… event to nie tylko impreza klubowa. Spotkałam się kiedyś w grach internetowych ze zwyczajem organizowania evntów – to są ogłaszane przez administracje akcje, mające na celu wspólna, nietypową dla tej gry zabawę. Np. – jeśli gra polega na poruszaniu się uzbrojoną postacią w jakimś wyimaginowanym świecie, eventem może być urządzenie wspólnych tańców lub wyścigów.
    Jak zrozumiałam, eventem może być wszystko, a oś znaczeniowa tkwi w niezwykłości i niecodzienności zdarzenia.
    Zatem zapozyczony „event” to nie jakiekolwiek zdarzenie, ale jednak zdarzenie niecodzienne. Niekoniecznie jest to impreza – nie kazda impreza jest niezwykła. Chyba nie mamy takiego wygodnego określenia w naszym języku, stąd pewnie to zapożyczenie.
    Czasami takie zapożyczenia są nieuniknione. Zgadzam się z Panem Mateuszem K. Ka, że nadużywanie wyrażeń obcojęzycznych jest jednak tandetne.

  10. Kasia pisze:

    To smutne. Nie chciałabym usłyszeć od mężczyzny, że mnie amor, bo to miłość cielesna. Chciałabym tylko caritas, a najlepiej w greckim znaczeniu tego słowa – agape – miłość idealna 😛

  11. krajski pisze:

    Amor niekoniecznie jest natury cielesnej. Mój profesor twierdził, że św. Stanisław Kostka kochał Boga amor i zmarł z tęsknoty za Bogiem – z tego powodu, że nie był z Nim 24 godziny na dobę i nie był z Nim tak blisko jak chciał.

  12. taka sobie zuzia pisze:

    Pan Mariusz pisze m.in.:
    ” Co innego sytuacja, kiedy zarówno polski odpowiednik jak i zapożyczenie oznaczają identycznie to samo.”
    Skojarzyły mi się takie masła maślane jak:
    – wybierz opcję czyli wybierz wybór lub ‚opcjuj’ opcję
    – lista menu czyli lista listy lub menu menu
    które na dobre zadomowiły się w języku polskim.

    Pro po e-maila.
    /pro po – zapożyczenie francuskie, e-mail – angielskie/
    Pamiętam pierwsze poradniki i instrukcje obsługi do internetu – co to jest, jak się po tym poruszać, o co tam chodzi, do czego to używać… Nie było w nich takiego pojęcia jak e-mail; chyba, że jako odnośnik do słowa źródła. Była mowa o poczcie elektronicznej. Były zasady tworzenia, odbierania i wysyłania listeli. Dziś na próżno szukać słowa listel w jakimkolwiek słowniku – zupełnie nie przyjęło się w języku polskim.
    Znak @ był jedną z pierwszych emoikonek nazywaną różą internetową. Dziś czyta się go jako ‚małpa’. Wtedy podstawą komunikacji były pogawędki / z ang. czat/ i grupy dyskusyjne /nie mylić z forum/. Dziś e-maile i portale społecznościowe.

    Autor bloga pisze o zapożyczeniu z języka niemieckiego słowa szlafrok. Dla mnie to jeszcze powracająca ostatnio do łask szlafmyca /czapeczka do spania/, coraz rzadziej używane bryle /okulary/, i zadomowione u nas na porządku dziennym kartofle /ziemniaki/.

  13. Badacz pisze:

    Chleb to zapożyczenie z czeskiego? Jakieś źródła, lub uzasadnienie?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s