A co mają robić weganie na polskich, mięsnych, przyjęciach?

Ten problem zgłosiła Pani A. K.: Chciałabym się poradzić w bardzo istotnej dla mnie jak i dla wielu osób sprawie. Jestem weganką (spożywam wyłącznie warzywa) i bardzo często na obiadach, weselach i innych uroczystościach dochodzi do niezręcznej sytuacji, gdy gospodarz, osoba zapraszająca, państwo młodzi czy ktokolwiek inny proponuje mi skosztowanie mięsa czy nabiału. Zawsze mówię wprost, że jestem weganką i nie jem produktów pochodzenia zwierzęcego, ale zdarzają się takie sytuacje, że mimo to ktoś brnie w to komentarzami typu „ale nic ci się nie stanie jak spróbujesz kurczaka”, „no spróbuj, tak się napracowałam”. Chciałabym wiedzieć jak mogę taktownie taką rozmowę uciąć i sprawić, by do tego nie wracano i nie wmuszano we mnie mięsa. Weganką jestem z powodów ideologicznych nie zdrowotnych, nie chce brnąc w konwersacje na ten temat z osobami, które tego nie rozumieją.
Nurtuje mnie jeszcze kwestia wesel. Bardzo często wracam z wesela głodna, bo wszystkie potrawy serwowane jak i te na stole mają w sobie składniki których nie jem, również sałatki z jajkiem czy majonezem. Do tego wszystkiego jestem osobą pijącą jedynie okazjonalnie, więc z ostatniego wesela wróciłam kompletnie wstawiona, bo przez całe wesele zjadłam tylko ziemniaki, a tolerancja na alkohol jest niska. Państwo młodzi nie pytają podczas zapraszania czy Ty albo Twoja osoba towarzysząca jest wege, więc czy wypada mi lub chłopakowi podczas takiej wizyty zwrócić uwagę na to, że jestem weganką i prawdopodobnie na weselu będę jadła tylko alkohol na przemian z kawą? Czy może dyskretnie zapytać czy będzie menu wegańskie, a jak odpowiedzą, że nie to żartobliwie powiedzieć, iż przyjdę ze swoim jedzeniem? Nie chcę nikogo stawiać w sytuacji niezręcznej, dokładać problemów, wybrzydzać, ale ostatnimi czasy wolę zrezygnować z pójścia na wesele niż iść i patrzeć jak wszyscy dookoła jedzą. Oczywiście sytuacje te odnoszą się do osób, które albo nie wiedzą, że jestem wege, albo nie jesteśmy na tyle blisko bym wprost mogła zapytać czy będzie coś wegańskiego.

Pisałem już na ten temat przytaczając między innymi następujący fragment podręcznika savoir vivre autorstwa Baronowej Rothschildowej: „Kilka lat temu w Marrakeszu podczas kongresu bankowców – którym towarzyszyły małżonki – spotkałam bardzo młode małżeństwo Nepalczyków. (…) Szybko zauważyła, ze ich talerze były cały czas prawie puste, bo oboje prawie wcale nie jedli. Jako buddyści byli z przekonania wegetarianami. Nie jedli oczywiście mięsa i ryb, a także jajek. Nie mogli nawet jeść jarzyn ugotowanych z dodatkiem tłuszczu pochodzenia zwierzęcego. Tymczasem kuchnia marokańska proponuje wiele niezwykłych kuskusów, królewskich dorad, niebiańskich tajime (potrawka z mięsa – dop. S. K.), góry ciastek. Nie ma jednak wcale warzyw surowych lub gotowanych na parze. (…) Ofiarowałam się, ze poproszę o przygotowanie dla nich sałatki z pomidorów i bakłażanów. Zaprotestowali oboje, zapewniając, że wszystko jest w porządku. Ich dyskrecja, skromność, pragnienie, by się nie wyróżniać zachwyciło mnie”.

I oto mamy rozwiązanie. Zachowujmy się niezależnie od tego czy jesteśmy weganami czy mamy jakąś specjalną dietę tak jakby tego faktu nie było. Nie siedźmy przy pustym talerzu. Możemy coś na niego nałożyć i rozgrzebać(markować jedzenie). Jeśli ktoś nas zaprasza na jakiekolwiek przyjęcie powinniśmy oczywiście zasygnalizować we właściwy sposób nasz problem, np. mówiąc: „Wiesz, mam problem, bo jestem weganką i boję się, że na tym przyjęciu nie będzie nic dla mnie do zjedzenia”. Jeśli mamy do czynienia z osobą ze świata savoir vivre to wystarczy. Dostaniemy to, co sprawi nam przyjemność (jeśli będzie to tylko możliwe). Jeśli nie mamy do czynienia z osobą ze świata savoir vivre i reakcja będzie zerowa mamy dwa wyjścia: albo markować jedzenie, robić dobrą minę i się męczyć albo nie pójść na przyjęcie.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii gościnność, Przyjęcia i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

18 odpowiedzi na „A co mają robić weganie na polskich, mięsnych, przyjęciach?

  1. Mela pisze:

    Panie Doktorze, chciałam prosić o radę, jak zachować się w takiej sytuacji, również związanej z jedzeniem. Organizowaliśmy trzydniową wizytę studyjną dla grupy studentów wraz z ich opiekunem, profesorem. Wszyscy mieszkali w jednym hotelu, tyle, że profesor miał swój pokój, a studenci mieszkali w „dwójkach”. Profesor poprosił nas o zorganizowanie mu śniadań do pokoju, gdyż jak wyjaśnił, źle się czuje jedząc przy studentach, bojąc się że go będą filmować czy robić zdjęcia które potem wrzucą do internetu, i które mogą go ośmieszyć. To się akurat dało załatwić. Jednak z tego samego powodu nie jadł lunchów (gdy jedliśmy, siedział w sali, bawiąc się telefonem lub pisząc coś na komputerze, mimo że zapraszaliśmy go do wspólnego posiłku). Przyznam, że pierwszy raz się spotkałam z takim podejściem (może studenci rzeczywiście tak schamieli…?). Dodam, że tego samego profesora spotkałam kiedyś na konferencji, gdzie nie miał problemu z jedzeniem wśród innych profesorów, a więc nie ma jakiejś fobii społecznej na tle jedzenia. Jedynie obawia się studentów. Zastanawiam się, jak powinnam się była zachować zgodnie z SV? Czy powinnam była zorganizować mu np. lunch w osobnej sali, uwzględniając jego obawy (jakkolwiek przesadzone)? Czy po prostu, po jego odmowie zaproszenia, już nie reagować, mimo wszystko wiedząc, że może być głodny? No i czy samo zachowanie profesora da się usprawiedliwić z punktu widzenia SV, czy też powinien się on jednak przemóc i zasiąść do wspólnego posiłku? Bardzo proszę o ocenę tej sytuacji.

  2. MarzenaD pisze:

    Do Pani A.K.:
    „Nie chcę nikogo stawiać w sytuacji niezręcznej, dokładać problemów, wybrzydzać” – więc informacje o swoich preferencjach żywieniowych najlepiej pozostawić dla siebie. Fakt że nie spożywa Pani mięsa jest Pani prywatną sprawą, Pani własnym widzimisię. Wesele to nie jest koncert życzeń. Wyobraża sobie Pani przyjęcie, gdzie jedna osoba zgłasza że jest wegetarianką, druga że jest cukrzykiem, trzecia że nie może jeść smażonego, czwarta że jest uczulona na ….itd. Z tego co czytałam sv mówi, aby nie sprawiać przykrości innym, więc najlepszym wyjściem z sytuacji będzie udawanie, że się je to co gospodarz przygotował. Ja będąc na przyjęciu czułabym się niezręcznie wiedząc, że gospodarz musiał się kłopotać i przygotowywać niektóre potrawy specjalnie dla mnie. (Chyba, że byłabym gościem honorowym, ale to już zupełnie inna sprawa.)
    „Bardzo często wracam z wesela głodna” – w odpowiedzi zacytuję słowa pana doktora Krajskiego z jednego z jego ostatnich wpisów: „W podręcznikach można znaleźć jedną uniwersalna zasadę dotyczącą przyjęć: nigdy nie przychodź na nie głodnym. Chodzi o stosowne zachowanie i skupienie uwagi na osobach, a nie na jedzeniu.”

  3. JotA pisze:

    Aby nie głodować na weselach, trzeba chyba w takim wypadku najeść się przed… Tak to już jest w Polsce, większość je „normalnie” i nie ma co liczyć na jakieś wegańskie dania.

  4. Lucyna pisze:

    Z logicznego punktu widzenia to weganin albo wegetarianin na przyjęciu, na którym podaje się mięso to sytuacja całkowicie absurdalna. Jeśli ktoś uważa jedzenie mięsa i jego pochodnych za rzecz nieetyczną, wówczas jak może spokojnie być świadkiem tego, że wszyscy wokół dopuszczają się takiego strasznego postępku? Logiczne i konsekwentne byłoby, żeby nie przychodził w ogóle na takie przyjęcie.

    A jeśli ten sam ktoś jest w stanie spokojnie i bez mrugnięcia okiem patrzeć na to, jak wszyscy wokół dopuszczają się tak strasznego czynu, wówczas jaki problem, by wyjątkowo i z okazji przyjęcia samemu wspaniałomyślnie zadowolić się takimi samymi daniami? Skoro dla weganina/wegetarianina problemem etycznym nie jest bycie świadkiem mięsnej uczty, to najwyraźniej jedzenie mięsa nie jest dla niego w ogóle problemem etycznym, tylko kwestią mody albo gustu. I w takiej sytuacji po co stwarzać problem gospodarzom, domagać się specjalnego traktowania i zobowiązywać ich do przygotowywania specjalnych dań? Gdyby gust nas upoważniał do zmieniania menu na przyjęciach, to każdy gość powinien mieć takie samo prawo do zażyczenia sobie jakiegoś dania wyłącznie dla siebie z racji tego, że czegoś nie lubi, albo coś go obrzydza i boi się, że nie będzie miał co jeść.

    Kolejną sprawą jest „męczeństwo wegan/wegetarian” na przyjęciach z mięsem. Przyjęcia to okazja do spędzenia wspólnie czasu, a nie demonstracji światopoglądowych. Ostatnią rzeczą, którą bym chciała na swoim przyjęciu to osoba, która w demonstracyjny sposób da odczuć pozostałym gościom oraz gospodarzom, że robią coś odrażającego racząc się przygotowanymi potrawami, a ona jedna zachowuje się w sposób właściwy i „etyczny”.

    Ciekawostką w tym temacie jest katolickie obchodzenie postów. Jeśli znajdujemy się w kraju, w którym w dany dzień w lokalnym Kościele obchodzi się post, obchodzimy go razem z pozostałymi członkami przyjęcia. Jeśli natomiast postu się w ten dzień nie obchodzi, choć my wiemy, że w Polsce się obchodzi, stosujemy się do zwyczajów lokalnego, a nie polskiego Kościoła. Unika się demonstracji i nie daje się nikomu powodu do tego, żeby czuł, że robi coś złego, czy że jest gorszy.

  5. Lucyna pisze:

    Ps. Oczywiście ciekawostka o postach dotyczy wyłącznie Kościoła katolickiego. Jeśli katolik polski je we Francji z katolikami francuskimi w dzień, w który w polskim Kościele się pości, a we francuskim nie, wówczas razem z Francuzami je mięso.

  6. Wojtek pisze:

    Zadam pytanie może nieco kontrowersyjne.
    Czy w naszym kręgu kulturowym przestrzeganie weganizmu z wyboru nie jest „fanaberią” pozostającą w sprzeczności z wielkodusznością względem gospodarzy wesela, którzy mają w tym dniu wystarczająco dużo kłopotów na głowie?
    A już najbardziej zasmuciła mnie alternatywa – nie pójść na wesele tylko dlatego, że nie będzie potraw wege. Czy nie ma tu miejsca pomieszanie hierarchii wartości, w której osoby, znajdują się wyżej niż rzeczy, tylko te pierwsze są godne np. miłości, a pomieszanie tych hierarchii zwie się idolatrią…
    Odmówienie swej obecności w najważniejszym dniu życia, komuś kto nas do tego zaprasza, tylko przez wzgląd na zawartość talerzy wydaje mi się być… smutne. Należy pamiętać, że w tym dniu, nie my jesteśmy najważniejsi, a Młodzi, Rodzice, Rodzina, Goście Honorowi i tak dalej według predestynacji.

    Ja na miejscu Pani AK po prostu wybierał się na wesela po obfitym wegańskim obiedzie…

  7. Małgorzata pisze:

    Na weselach zwykle są podawane frytki. Zawsze można jeść frytki. Proszę nie poczytać tego z mojej strony jako impertynencję. Jestem w podobnej sytuacji. Mój problem polega na tym, że od dzieciństwa wprost nie znoszę mięsa (jednakże toleruję drób i niektóre wędliny, na szczęście). Jem, bo jestem do tego systematycznie zmuszana, ale gdy nikt nie patrzy, to ani myślę je ruszać. Katolicki piątek od zawsze był dla mnie największym świętem kulinarnym, bo choć raz w tygodniu mama gotowała tylko to, co naprawdę lubię. Na weselach zajadam zatem frytki. I babeczki. Nałożę też sobie i nawet przekąszę kotlet drobiowy, więc tutaj mam lżej niż Pani A.K.
    Jeśli chodzi o przygotowanie wesel, to bardzo często dań wegańskich po prostu nie ma w jadłospisach restauracji. Polska tradycja kulinarna to przede wszystkim mięsa, trzeba to uszanować. Nawet jeśli, tak, jak dla mnie, czy dla Pani A.K. oznacza to męczarnię.

  8. Poet pisze:

    Pani Lucyno, osoba aspirująca do świata SV powinna unikać takiego ciężkiego sarkazmu. Jest to bardzo nieeleganckie. Autorka pytania wyraźnie zaznaczyła, że nie chce brnąc w konwersacje na ten temat z osobami, które tego nie rozumieją, a Pani tu wyskakuje ze „strasznymi czynami”, „problemami etycznymi”, „kwestią mody” i „demonstracjami ideologicznymi”. Na dodatek sugeruje Pani, że autorka ma zrezygnować z weganizmu lub z chodzenia na przyjęcia, a przecież jej pytanie ma na celu właśnie pogodzenie obu rzeczy z których nie zamierza rezygnować. Krótko i rzeczowo zamknęła temat ideologiczny i przeszła do kwestii SV, a Pani nie potrafiła tego uszanować i wygłosiła całą tyradę na temat weganizmu. Człowiek SV, to człowiek dobrej woli.

  9. Lucyna pisze:

    Szanowny Panie Poet,

    moja wypowiedź nie jest skierowana do Autorki pytania, a jest opinią na temat tematu poruszonego przez dr Krajskiego. Blog to nie przyjęcie towarzyskie, a swojego rodzaju warsztat savoir vivru, w którym dopuszczone są, jak rozumiem, dyskusje i opinie. Zresztą, sam pan Krajski wypowiedział się na ten temat w podobnych słowach, a nawet ostrzejszych w innym poście (cytuję z pamięci: wegetarianie ortodoksyjni stawiają się poza granicami savoir vivru). Zachowanie osób przestrzegających diety wegańskiej bądź wegetariańskiej na przyjęciach z mięsem jest w mojej opinii wręcz skandalicznie antyspołeczne (przez wydźwięk pustego talerza), czemu starałam się w miarę łagodnie dać wyraz w swojej wypowiedzi.

    Nigdy nie jest natomiast dopuszczalne to, co Pan robi, czyli besztanie, karcenie i nawet pouczanie innego dorosłego człowieka, jak gdyby był podległym Panu dzieckiem.

  10. AgaM pisze:

    Ad. Pan Wojtek:
    „i tak dalej według predestynacji” – errata: precedencji.

    Do Autorki pytania: w przypadku wesel nie pytałabym, tylko nie szłabym głodna, a w razie czego miała przy sobie małe co nieco, choćby suchą bułkę, którą w razie silnego głodu można by zjeść na osobności.
    Wiele osób nie może jeść pewnych potraw, bo im szkodzą, są uczulone. Znam to, o czym Pani pisze, też miewałam sytuację, że nie było dla mnie na stole nic do jedzenia (wielu rzeczy nie jem, bo nie mogę).
    Na spotkaniach, gdzie jest kilka znajomych osób jak najbardziej można to uwzględnić, ale przy przyjęciu na np. 100 osób i wielu daniach wydaje się to praktycznie nierealne.

  11. Poet pisze:

    Szanowna Pani Lucyno
    Wierzę, że starała się Pani nadać łagodny wyraz swojej wypowiedzi, ale kompletnie się to Pani nie udało. Pani wypowiedz ma wyjątkowo agresywny wydźwięk i ktoś wręcz mógłby ją odebrać w stylu „jaśnie pani nie życzy sobie dziwaków na przyjęciu”. Do pewnego stopnia mogę zrozumieć uczucia gospodarza, na którego przyjęciu ktoś nie je mięsa, ale takie frontalne ataki na „niejadka” są po prostu skandalem. Oczywiście zakładam, że dała Pani upust swoim emocjom tylko dlatego, że jest to blog i że w towarzystwie nie zachowuje się Pani w ten sposób. Co do besztania, to najmocniej przepraszam jeżeli poczuła się Pani urażona, ale jak sama Pani zaważyła jesteśmy tutaj „na warsztatach”, więc gdzie jeżeli nie tu, można zwrócić komuś uwagę na naganne zachowanie?

  12. Lucyna pisze:

    Szanowny Panie,
    o ile ja frontalnie, jak się Pan wyraził, nie atakuję osób, a jedynie analizuję i krytykuję postawy, to Pan w jawny sposób zachowuje się agresywnie wobec mnie.

    „Co do besztania, to najmocniej przepraszam jeżeli poczuła się Pani urażona, ale jak sama Pani zaważyła jesteśmy tutaj „na warsztatach”, więc gdzie jeżeli nie tu, można zwrócić komuś uwagę na naganne zachowanie?”
    Doskonały przykład jak przeprosić nie przepraszając i ponownie pouczając.

  13. taka sobie zuzia pisze:

    Pozwolę sobie stanąć w obronie wypowiedzi Pani Lucyny.
    Dwa razy w życiu byłam na ścisłej, bardzo rygorystycznej diecie. Dwa razy zależało od tego nie tylko zdrowie, ale także i życie. Dwa razy dieta była ustawiona dość szczegółowo jako jeden z elementów leczenia. Dwa razy uważałam, że to moja prywatna sprawa, a w takie nie angażuje się wszystkich dookoła. Proszę mi wierzyć: w żaden sposób nie odebrałam ‚dyskusyjnego’ wpisu jako ‚tyrady o dziwactwach’ i w żaden sposób nie zauważyłam tam żadnych agresywnych wydźwięków. Zauważyłam tam jednak wiele moich myśli i refleksji z najcięższych czasów. Indywidualizm nic nie jest wart, skoro nie umie być częścią ogółu – to my musimy przystosować się do świata, znaleźć się w nim; a nie on do nas. Uważam, że wypowiedź Pani Lucyny rzeczowo zwraca uwagę na szereg nieścisłości i ‚niekompatybilność’ między ideą, słowem a czynem dotyczących pewnych sytuacji. Nie umiem się też doszukać tam jakiegokolwiek sarkazmu ani żadnych ‚frontalnych ataków’. Ujmę to w ten sposób – nic mnie nie zabolało.

    pro po „wydźwięku pustego talerza” – mnie uczono, że ‚tylko u wroga nic się nie je’
    co bierze się z historycznej genezy trucizn w winie i jedzeniu
    jeśli nie zamierzam nic jeść, to i tak nie mam prawa miej pustego talerza

  14. Poet pisze:

    Szanowna Pani Lucyno,
    przyjąłem do wiadomości, że nie ma Pani sobie nic do zarzucenia więc nie będę kontynuował tematu, który najwyraźniej nie jest Pani domeną. Powiem tylko, że nie należy pouczania automatycznie traktować jak coś złego, gdyż przy zachowaniu odpowiednich zasad pozwala ono na eliminację nagannych postaw i zachowań. A odpowiednie „pouczenie” wyjdzie na dobre wszystkim, zwłaszcza pouczonemu.

  15. czytelnik pisze:

    Panie Poet, pouczenie jest BEZWZGLĘDNIE ZŁE gdyż pouczający się wywyższa. Pouczać może tylko Urząd, gdyż wobec Niego jesteśmy tylko petentami, a on reprezentuje majestat Państwa. Pani Jola z mojej klatki pracuje w URZĘDZIE i ją b. cenię.

  16. Elzbieta pisze:

    Jestem wegetarianką i rozumiem doskonale poruszony problem, choć w moim przypadku jest on z pewnością mniejszy, bo nie stronię od nabiału i jajek. Skala problemu jest z pewnością inna…

    W naszej kulturze traktuje się wegetarianizm (lub wegenizm) za dziwactwo i coś nienaturalnego. Zawsze staram się nie rzucać w oczy z moimi przekonaniami, na spotkania w gronie znajomych zawsze oferuję, że przyniosę coś zrobionego przeze mnie (mam wtedy pewność, że przynajmniej jedno danie będzie wegetariańskie), nie tylko dla mnie, ale dla wszytskich i wszyscy się nim zwykle częstują. Zawsze też wychodzę z założenia, że znajdzie się coś dla mnie, choćby chleb i ziemniaki i nigdy nie narzekam.

    Jednak znam również problem bycia pomijanym, niekiedy złośliwie, gdy na proszonym przyjęciu gospodarze z premedytacją przygotowują jedynie dania mięsne mimo że doskonale wiedzą o moich preferencjach. Proszę mnie źle nie zrozimieć, to jakby podać wyłącznie dania z buraczków komuś o kim wiemy (to podkreślam), że buraczków nie cierpi. Wówczas ja również z premedytacją nie jem podanych mi dań zachowując dobrą minę, ale wiecej już takich zaproszeń nie przyjmuję. Wydaje się to niemożliwe, ale rzeczywiście istnieją osoby chcące „nawracać” wegetarian…

    Wkrótce odbędzie się moje wesele. Zarówno ja, jak i część moich przyjaciół jesteśmy wegetarianami. Nie chcę w pominąć wegetariańskich gości zaproszonych na moje wesele, ale też nie będę zabraniać jedzenia mięsa pozostałym gościom. Dlatego obiad na początku wesela będzie w dwóch formach: zwykłej i wegańsko-wegetariańskiej (przy zapraszaniu gości upewniam się, kto jakie menu preferuje). Nie jest to jakoś wybitnie skomplikowany proces, baza jest ta sama – ziemniaki, surówka, a tylko kotlet się zmienia (mięsny, albo brokułowo-jaglany), a zupę wybraliśmy grzybową czyli dla wszystkich. A w dalszej części jedzenie będzie podawane na półmiskach i dania wegetariańskie lub wegańskie (tak samo ciasta) będą nosić odpowiednie oznaczenia w postaci małej zielonej chorągiewki.

    Uważam, że wesele jest dla gości i chcemy żeby wszyscy się na nim dobrze czuli. Skoro wiem, że moi goście nie będą się dobrze czuli głodni, to czynię wszystko, by ich uszczęśliwić. A najbardziej byłoby mi wstyd, gdyby goście w trakcie wesela „wyskakiwali” do MacDonalda, albo do spożywczego po bułkę. Rozumiem argument o nie przychodzeniu głodnym na wesele, ale gdy ślub jest o 14, a przyjęcie kończy się nad ranem, to nie sposób nie poczuć głodu w tak długim czasie. Nie darowałabym sobie, gdyby moi goście byli głodni.

    Poza tym na moim weselu będą również wyznawcy innych religii (będzie żyd, będzie muzułmanin, będzie nawet hindus…) i menu wegetariańskie pogodzi również ich religijne preferencje, czyli nie ma konieczności przygotowywania tysiąca różnych menu – większość dań wegańskich pogodzi też bezglutenowców, cukrzyków, tych co smażonego nie jedzą, wszelkie diety religijne i te mniej wegańskie (jarosze, wegetarianie etc).

    Serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników bloga. Mam nadzieję, że mój punkt widzenia pewnego dnia zostanie przejęty przez większość i że coraz częsciej na weselach będą pojawiały się dania wegetariańskie/wegańskie.

  17. PPaweł pisze:

    Niestety, ale arogancka postawa państwa Lucyny i Wojtka nie da się absolutnie, w żaden sposób pogodzić z savoir-vivem. Jest to czystej wody, jakże adekwatnie wobec wegetarianizmu jako tematu, buractwo. Jest to chamstwo takie samo jak serwowanie katolikowi schabowego w post – jak jest głodny to ma problem, przecież mógł wcisnąć do kieszeni suchą bułkę.

  18. Zofia pisze:

    Mam dużo znajomych z różnych części świata, mieszkałam w w kilku krajach. Zawsze gdy idę tam gdzie nie mam wyboru w kwestii jedzenia, staram się mieć ze sobą zestaw awaryjny. Jakieś krakersy które mogę sobie podjesc przed/ po spotkaniu, jabłko itp. Przed weselami zazwyczaj się porządnie najadam, zwłaszcza gdy nie wiem co mnie czeka na przyjeciu. Wagetarianizm czy weganizm w Polsce nie jest najgorszy – zawsze znajdzie się jakaś sałatka, surówka, chleb, ziemniaki. Proszę spróbować iść na wesele do Hindusów. Dania są tak pikantne, że dla Polaka przyzwyczajonego do łagodnej kuchni całkowicie niejadalne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s