Jak obrazić ważnych gości?

Ten problem poruszyła Pani Vita: Panie Doktorze, nurtuje mnie pewien problem s-v. Przyjaciółka-nauczycielka liceum wraz z drugą nauczycielką i z grupą młodzieży (prawie 18-latki) wyjechali na tzw. zieloną szkołę. Zajęcia tam prowadzili m.in. dwaj doktorzy z uczelni. Podczas przerwy obiadowej, jedna z uczennic siedziała naprzeciwko tych panów. Traf chciał, że była to osoba bardzo nieśmiała, tak, że nie była w stanie nic przełknąć, przytłoczona obecnością dwóch pracowników naukowych. Wieczorem telefon do nauczycielki od matki tej dziewczyny, dlaczego jej dziecko jest zmuszane do siedzenia przy jednym stoliku z „dwoma obcymi facetami”, że się tym stresuje, że ona jako matka sobie tego nie życzy, itp. Aby nie „stresować” młodzieży i zapewne nie narażać się na podobne telefony, panie nauczycielki w kolejnym dniu poprosiły wykładowców o nieuczestniczenie we wspólnym obiedzie. Pytanie, czy postąpiły słusznie, a jeśli nie, to jakie byłoby tu dobre wyjście z tej całej sytuacji?
Tego typy wykładowcy powinni być traktowani jak goście honorowi. Przy stole powinny siedzieć z nimi nauczycielki.

Szkoła ma przygotowywać młodych do życia i zachowania w miejscu pracy, uczyć zasad obyczajowych, w tym savoir vivre (to istotny, niekwestionowany przez nikogo element szkolnego wychowania) W ramach tego wychowania można by zatem sadząc uczniów przy stole z wykładowcami, by się nimi opiekowali, zabawiali rozmową itp. Trzeba by wtedy jednak przede wszystkim poinformować wykładowców o takim zabiegu wychowawczym i zapytać ich o zgodę oraz, oczywiście, poinformować uczniów o sensie ich siedzenia z wykładowcami. Matce uczennicy należałoby to wyjaśnić. Nie można chronić dziecka przed tego typu doświadczeniami, bo wyrośnie na dzikusa i narcyza. Matka powinna być zadowolona, że dziecko ćwiczyć się w pozbywaniu się nieśmiałości i zyskiwaniu ogłady.
„Prośba” skierowana do wykładowców o nieuczestniczenie we wspólnym obiedzie była drastycznym złamaniem wszelkich zasad, nietaktowna i obraźliwa.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Filozofia savoir vivre, gościnność, Precedencja, Stół, W szkole i na uniwersytecie, Zachowania niewłaściwe. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

22 odpowiedzi na „Jak obrazić ważnych gości?

  1. Vita pisze:

    Dziękuję, Panie Doktorze, za odpowiedź. Tu jednak nie chodziło o niegrzeczne „wypraszanie” panów doktorów, a jedynie prośbę, uzasadnioną nieśmiałością nastolatek w stosunku do mężczyzn wyższych rangą. Aha, wykładowcy ci nie byli gośćmi – oni byli w pracy, wypłacono im honorarium. Obiad był przede wszystkim dla uczniów i ich nauczycieli, zaproszenie ich na obiad pierwszego dnia to była dobra wola. Tak mi się wydaje…

  2. Maria pisze:

    Dziękuję bardzo za odpowiedź na poprzednie pytanie i chciałabym zadać jeszcze jedno. Jestem uczennicą liceum. Bardzo często spotykam się z niezrozumieniem innych w szczególności przy wspólnych posiłkach.
    Nie wyobrażam sobie jedzenia wspólnymi sztućcami, picia z jednej butelki, itd. Przestałam chodzić ze znajomymi na pizzę, przez to, że zawsze znajdzie się ktoś, kto włoży nóż do sosu, obliże go, a potem zrobi to ponownie, nie umyje rąk, a potem dotyka pizzy brudnymi rękami, ew. kroi kawałek swoimi brudnymi sztućcami. Nie jem na spotkaniach towarzyskich chipsów, gdy tylko zobaczę osobę, która oblizuje palce, a po jakimś czasie znowu je ze wspólnej miski (licealne imprezy – muszą być chipsy). W sytuacjach, gdy ktoś mi proponuje wzięcie czegoś ze swojego talerza ze standardowym tekstem: „Weź, to nie ruszane!” gotuje się we mnie, ale mówię: „Nie, dziękuję. Nie jestem głodna.”; oddaje swoją wodę, gdy ktoś prosi mnie o „łyka” i muszę kupić nową.
    Ostatnio zwróciłam uwagę koleżance, która częstowała się moją potrawą. Był do niej dołączony sos, nadgryzła tajgonkę, zamoczyła w moim sosie, Ktoś inny zapytał „Naprawdę jest taka zasada savoir vivre?”, a koleżanka, która zepsuła mi posiłek zarzuciła, że to po prostu jakaś moja zasada, bzdura. Byłam naprawdę skonsternowana.
    Ale chciałabym zapytać Pana – co robić w takich sytuacjach? Naprawdę uważam to za nieeleganckie, niehigieniczne. U mnie w domu nigdy nie dzielimy się jedzeniem z talerzy. Co na to sv?

  3. Adrian pisze:

    Hmmm, a nie lepiej faktycznie posadzić nauczycieli razem z wykładowcami w odrębnej sali? Albo samych wykładowców w odrębnej sali, wówczas nauczyciele jedli by z dziećmi?

  4. Małgorzata pisze:

    Wydaje mi się, że nie ma różnicy, czy mężczyźni owi byli w pracy, czy nie, czy wypłacono im honorarium czy też nie. Zauważmy, iż nauczyciele opiekujący się dziećmi również byli w pracy i również, jak sądzę, nie w ramach wolontariatu. Dzieci, podobnie, choć może nieco na innych zasadach, były „w pracy”, choć tutaj to już raczej bez honorarium. W każdym bądź razie dla wszystkich był to rodzaj obowiązku. Świetna okazja, aby nieco przybliżyć młodzieży zasady zachowania „służbowego”.

  5. Marita pisze:

    Panie Doktorze, u nas na uczelni funkcjonuje na stołówce odrębna sala dla wykładowców. Myślę, że i studenci, i nauczyciele czy wykładowcy czuli by się bardziej komfortowo i swobodnie we „własnych” pomieszczeniach. Chociaż nasuwa mi się też pytanie, czy oni np. mieli obiecany ten obiad w kontrakcie, czy np. to było na zasadzie „jak zostanie”. Projekty unijne często nie przewidują wyżywienia dla wykładowców (nie można ich rozliczyć), kilka razy z tym się spotkałam (jako uczestnik), że wykładowca nie szedł z nami na obiad, tylko czekał w sali, uzupełniając materiały do zajęć czy zajmując się czymś innym, itp.

  6. Janek pisze:

    Szanowny Panie Doktorze! Otrzymałem zaproszenie na uroczystą kolację „branżową”. Postanowiłem zaprosić znajomą, która – co tu dużo mówić – podoba mi się. Niestety już po zaproszeniu i – chwała Bogu! – jego przyjęciu dowiedziałem się, że na 99 procent podczas uroczystości zaplanowane są także tańce. A ja tańczę jak przysłowiowa „siekiera”. Co mam zatem zrobić? 1. Mogę szczerze przyznać znajomej, że niezbyt dobrze czuję się na parkiecie (ona niestety tańczy świetnie). Ale przecież to ona ma się dobrze czuć na takim wydarzeniu, a nie ja… Co zresztą będziemy robić przez trzy godziny, gdy inni będą tańczyć? 2. Mogę wymyślić jakąś bajeczkę o bólu nogi po treningu, Ale przecież nieładnie zaczynać znajomość od kłamstwa. 3. Mogę mimo wszystko spróbować tańczyć. Ale może się to okazać zwyczajną kompromitacją. A może ma Pan Doktor jakąś lepszą opcję? Z wyrazami szacunku, Janek.

  7. Marcin pisze:

    To, że byli w pracy nie zmienia ich statusu gościa rozpatrywanego pod kątem sv.

  8. Pan Marcin ma rację. Napiszę o tym jeszcze.

  9. Niech Pan powie prawdę i zaproponuje by nauczyła Pana tańczyć.

  10. Pani Maricie: To z Europą nie ma nic wspólnego (myślę o nie zapraszaniu an obiad wykładowcy).

  11. Panie Małgorzacie: w pełni się z Panią zgadzam.

  12. Ma Pani w pełni rację i postępuje właściwie. Jak inaczej można się zachowywać wśród barbarzyńców?

  13. Marita pisze:

    Panie Doktorze, są wytyczne, że z projektów unijnych nie można finansować obiadu dla wykładowców. Tak więc fundowanie wykładowcy obiadu w takim przypadku jest tylko dobrą wolą organizatora (musiałby za niego zapłacić z własnej kieszeni). Stąd myślę, że tych dwóch naukowców po prostu się „wprosiło” na obiad dla uczniów pierwszego dnia, a w kolejnych być może poinformowano ich o sytuacji.

  14. Marita pisze:

    Do Małgorzata: tak, wszyscy byli „w pracy”, ale jeśli chodzi o honorarium, to nauczyciele dostali pewnie jedno wielkie nic (pojechali tam w ramach godzin szkolnych), tak naprawdę honorarium dostali tylko naukowcy-prelegenci (jeśli projekt unijny, to nie takie wcale niskie). No i co istotne – oni byli miejscowi,a dzieci i nauczyciele nie. To może dodatkowo tłumaczyć brak obiadu. Czy jak Pani jest w pracy, to szef Panią codziennie zaprasza na obiad? Nie. Zapewne w większości przypadków je Pani obiad po pracy.

  15. Rico pisze:

    Wtrącę się. Pani Mario, jeśli nie działa powoływanie się na SV, to po prostu polecam stanowczość i „własne” zasady, mówienie: „wolałabym jeśli nie ruszalibyście mojego jedzenia” powinno zadziałać. Gdy ktoś prosi o łyka – „nie mam Ci do czego przelać” lub „zostawię Ci końcówkę”. Tak luźno myślę.

  16. czytelnik pisze:

    No to mamy usługowe traktowanie edukacji. Pan wykładowca nie jest sługą państwa uczniów licealnych. Powinno się ich uczyć moresu i szacunku względem nich. A wytyczne unijne są sprzeczne z SV. SV jest ważniejszy.

  17. Małgorzata pisze:

    Do Pani Marity: Ja rozumiem Pani stanowisko, ale nie dyskutujemy tutaj nad tym, czy prelegenci powinni byli lub nie zostać zaproszeni i kto powinien był za to zapłacić, i komu zapłacono a kto był tam w ramach obowiązków. Dyskusja, w moim odczuciu, toczy się wokół zachowania matki i reakcji nauczycieli po tym telefonie. Fakt był taki, że prelegenci zaproszeni przecież zostali, córka się poskarżyła, oburzona matka zadzwoniła i wynikła z tego później niezręczna sytuacja. Proszę zauwayżyć, iż, jak pisze pani Vita, Aby nie „stresować” młodzieży i zapewne nie narażać się na podobne telefony, panie nauczycielki w kolejnym dniu poprosiły wykładowców o nieuczestniczenie we wspólnym obiedzie.” Poprosili o nie uczestniczenie. Gdyby mój szef, którego, na całe szczęście nie mam, jadał z innymi podwładnymi a mnie poprosił abym w tym czasie poszła gdzieś indziej bo swoja obecnością stresuję załogę, byłoby mi zwyczajnie bardzo przykro. Rzecz nie krąży wokół faktu zaproszenia czy stawiania komukolwiek obiadu. W tym kontekście to, kto tam był służbowo, kto prywatnie, a kto na wakacjach nie ma większego znaczenia. Podkreśliłam jedynie, że skoro wszyscy jednak byli niejako „służbowo”, zaś celem szkoły jest uczyć, to można było po prostu tę sytuację wykorzystać jako okazję do nauki rzeczy, moim zdaniem, jednak dużo ważniejszych niż to, czego uczy się w szkole i wszystkich uniwersytetach świata – umiejętności miękkich, które niezwykle trudno jest zdobyć. Co zaś się tyczy Pani pytania – jem obiad w pracy. Oczywiście, jeśli chcę to jem a jeśli nie chcę, to nie pracuję.

  18. Małgorzata pisze:

    Do Pani Marii: Miałam kolegę, który w takich sytuacjach zawsze szeroko się uśmiechał i z rozbrajającą miną mówił „Stop pneumokokom”. Działało.

  19. Marita pisze:

    Pani Małgorzato, a jeśli ta dziewczyna naprawdę miała fobię społeczną? Co mieli zrobić nauczyciele?

  20. AgnieszkaM pisze:

    Do P. Marity – fobię społeczną kazać leczyć, posadzić ją gdzie indziej. Z poważną fobią nie jechałaby na zieloną szkołę tylko miała nauczanie indywidualne. Dla mnie sytuacja jest straszna, wskazuje, jak nauczyciele bywają bezmyślnie albo z lęku pod pantoflem bezmyślnych rodziców.

  21. Małgorzata pisze:

    Do Pani Marita: Nauczyciele na oko potrafią ocenić swoich uczniów. Po kilku lekcjach widać przecież, kto jest przebojowy, a kto nieśmiały. Wystarczyło zapytać tę dziewczynę wcześniej… Wiadomo, ludzie są różni.

  22. BartoszJ-M pisze:

    Nie wierzę, co czytam. Co to za matka i co to za dziecko? Brak słów. Jeszcze mieć o to pretensje. Dziecko ma najwyraźniej problem psychiczny i nadaje się do psychologa, bo coś jest z nim nie tak albo jest wychowane na dziwoląga przez rodziców, którzy trzymają to dziecko pod kloszem i niczego nie uczą. Jednak jestem skłonny uważać, że jednak kwalifikuje się do psychologa lub psychiatry. Skoro takie dziecko, to i rodzic kwalifikuje się także do psychologa. Telefon matki dziecka był bezczelny i nie ma dla niego żadnego wytłumaczenia! Nazywajmy problem po imieniu, a nie szukajmy winy tam, gdzie jej nie ma.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s