Jeszcze raz o sędziach, profesorach i jedzeniu obiadu w miejscu publicznym

Ten problem zgłosił Pan William: Panie Doktorze, przyznam, że Pana odpowiedź dała mi do myślenia. Czy jak sędzia / wykładowca jedzą przy tym samym stole co klienci / studenci, i sami sobie przynoszą obiad do stołu (a nikt im nie podaje, takie mamy realia) to tracą autorytet? No i nadal pozostawiam pytanie otwarte – czy ci ludzie, chcąc być w zgodzie z sv – przy założeniu że warunków zmienić nie mogą – mają się powstrzymywać od jedzenia w pracy? Pytam poważnie. Dodam, że dla mnie nie ma problemu nie jeść nawet przez cały dzień, no ale jak ktoś ma np. cukrzycę, to jest problem.

Problem poruszony przez Pana Williama jest, tak naprawdę, bardzo skomplikowany.
Wiążę się on bowiem z odpowiedzią na dwa pytania: co to jest autorytet? i w jaki sposób go zachowywać?
Autorytety dzielą się, miedzy innymi, na dwa typy: powstające w sposób naturalny i wynikające z pełnionego urzędu czy funkcji.

Autorytet powstający w sposób naturalny najczęściej rodzi się latami i wymaga częstego kontaktu pomiędzy tym, kto go zyskuje i tym, wobec którego go zyskuje.

Autorytet wynikający z pełnionego urzędu czy funkcji jest najczęściej konieczny do pełnienia tego urzędu czy funkcji i tworzy się go poprzez odpowiednie postawy, zachowania i powstrzymanie się od określonych postaw, zachowań oraz unikanie określonych sytuacji.

O tym mówi savoir vivre, ale i tradycja, obyczaj, psychologia i inne nauki zajmujące się takimi sprawami.

Sytuacja, gdy profesor spożywa posiłek w gronie studentów może dziać psychologicznie negatywnie oraz zrodzić wiele wydarzeń, które w taki czy inny sposób ugodzą w autorytet.

Jednym z podstawowych elementów autorytetu tego typu jest, jak wynika to z savoir vivre, tradycji, kultury, psychologii itd. dystans.
Profesor powinien go zachowywać wobec studentów, a studenci wobec profesora.
Wiele tu oczywiście zależy od studentów i od profesora.

Jak absolwent podjąłem zajęcia na uczelni. Nienaturalne było dla mnie, że studenci młodsi ode mnie o rok, w tym samym wieku, a niekiedy starsi mówią do mnie „pan”. Zaproponowałem im przejście na „ty”. Szybko jednak zorientowałem się, że w oczach niektórych studentów straciłem autorytet i zaczęli się nadmiernie spoufalać oraz, że wpływało to negatywnie na jakoś dyscypliny w trakcie zajęć.

Przeszedłem wiec z następnym rocznikiem na „pan”.

Konieczność jedzenia przez profesora obiadów w gronie studentów to jest jego jakaś proletaryzacja. Może próbować utrzymywać dystans znajdując sobie jakiś pusty stolik z boku. Musi też ocenić czy ten fakt jedzenia w stołówce ma wpływa na stosunek do niego studentów i czy nie powstają sytuacje, które nie powinny mieć miejsca. Np. jakiś student głośno używa wulgarnych słów. Brak reakcji ze strony profesora godzi w jego autorytet. Reakcja może pociągnąć za sobą zachowania, które ugodzą w jego autorytet. I tak źle i tak niedobrze.

W każdym jednostkowym przypadku należy zatem samemu podjąć decyzję – jeść czy nie jeść w takiej stołówce.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii W szkole i na uniwersytecie i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

21 odpowiedzi na „Jeszcze raz o sędziach, profesorach i jedzeniu obiadu w miejscu publicznym

  1. Monika pisze:

    Pamiętam jak moja współlokatorka opowiedziała mi pewnego dnia: „Dziś robiłam zakupy w Biedronce. Wyobraź sobie moje zdziwienie, kiedy na dziale warzywnym spotkałam mojego profesora X! Byłam w szoku! Jeszcze wczoraj opowiadał o Schubercie, a dziś wybiera pomidory!” Odparłam jej na to, że przecież i profesorzy muszą coś jeść. A ona: „Tak, ale nie spodziewasz się, że spotkasz profesora wybierającego warzywa w markecie! Spotykasz go na uczelni, uczysz się od niego, a potem okazuje się, że rzeczy tak przyziemne jak jedzenie i market to też część jego życia! Zszokowana nawet nie powiedziałam mu ‚dzień dobry’, sytuacja wydała mi się tak dziwna, że wręcz mnie zamurowało. Zresztą, chyba nawet nie powinnam nic mówić, jeszcze skrępowałabym go, że złapałam go na tak prozaicznej sytuacji. Z drugiej strony, co gdyby podniósł głowę i spojrzał na mnie? Mógłby uznać, że jestem niegrzeczna, nie witając się z nim.”
    Co Pan sądzi o tej sytuacji?

  2. Melka pisze:

    Ja myśle, ze tu chodzi tez trochę o to, ze sam fakt przynoszenia sobie obiadu do stolika, potem spożywania go, odnoszenia brudnych naczyń itp, przy ćzym mówimy o jakimś zwykłym barowym kotlecie, samo to już powoduje utratę autorytetu w jakiś tam sposób. Jak wyglada sędzia, chwile wcześniej w todze i łańcuchu, nad talerzem pomidorówki? I chwile potem znowu w todze i łańcuchu? No głupio. Na pewno traci powagę w oczach uczestników postepowania. Bo to nie jest zwykły obywatel Iksinski, tylko wysoki sad, urząd. Dlatego takich sytuacji powinien unikać. Jeść zawsze można w domu, każda dorosła osoba spokojnie wytrzyma te 9 godzin. Nie rozumiem tego owczego pędu do nieustannego spożywania czegoś. Spotkanie 2 godziny, a po godzinie już coś serwują, przy stałym dostępie do kawy ciastek itp. Zawsze szanowałam tych profesorów, którzy potrafili np. na wyjezdzie koła naukowego, powstrzymać sie od rzucania sie na jadło razem ze studentami. Studenci jedli, oni stali z boku, bądź prowadzili jakaś prelekcje w tym czasie.

  3. Kazimierz Krynicki pisze:

    Szanowny Panie Doktorze,

    Jak się przedstawiamy – najpierw imię, a potem nazwisko czy najpierw nazwisko, potem imię? Na studiach jeden z prowadzących stwierdził kiedyś, że przedstawianie się, wychodzące od nazwiska i kończące na imieniu jest naleciałością rosyjską. Jak zatem zgodnie z polską tradycją należy się przedstawiać? A jaką kolejność zachować w formie pisemnej?

    Z wyrazami szacunku

    Kazimierz Krynicki

  4. iksigrekzet pisze:

    Kto jest ważniejszy – własny ojciec, czy jego żona? Mam problem z ardesowaniem koperty – kto powinien się na niej pojawić jako pierwszy adresat?

  5. WandaAlicja pisze:

    Szanowny Panie Doktorze,
    w tej sytuacji zastanawia mnie fakt, dlaczego uczelnia nie zapewni wykładowcom oddzielnej sali? Na mojej uczelni „stołówka” przypomina bardziej kameralną restaurację, a pracownicy naukowi mają wydzieloną oddzielną salę, gdzie w spokoju i dyskretnie mogą spożywać posiłki.

  6. czytelnik pisze:

    Przypominam panu Doktorowi i czytelnikom o dniu kobiet. Pan Doktor w prezencie powinien napisać kim była jego Matka Babcia i Prababcia. Byłby to wspaniały prezent dla Pań.

  7. W dniu 8 marca nie obchodzę dnia kobiet. Obchodzę ten dzień tylko we wszystkie pozstałe dni.

  8. Krzysztof S. pisze:

    Szanowni Państwo,

    Rozpatrując problem wspólnego jedzenia posiłków wykładowców ze studentami, warto zwrócić uwagę także na rolę uczelni odnośnie zapewnienia odpowiednich warunków spożywania posiłków.

    Gdy studiowałem na Politechnice Wrocławskiej (jakieś 10 lat temu), na stołówce uczelnianej była wydzielona osobna sala dla wykładowców. Rozwiązanie warte uwagi, ponieważ zapewniało zarówno pewien rodzaj prywatność, możliwość zachowania odpowiedniego dystansu, jak i troszkę wyższy standard obsługi (np obrus zamiast ceraty na stoliku itp).

    Łączę ukłony,
    Krzysztof S.

  9. czytelnik pisze:

    dzień dobry,
    bardzo ładnie Pan wybrnął. ale przecież 8 marca chyba też Pan jest uprzejmy dla kobiet??

    rozumiem uprzedzenia wynikające z niechęci do femnistyczno-komunistycznych tradycji, ale myślę, że wręczenie komuś goździka nie jest niczym złym. jest to piękna tradycja sięgająca korzeniami kilkadziesiąt lat w tył. ja np. dziś go wręczyłem, niestety był trochę przywiędły. między nami mówiąc kupiłem go w sklepie masowym.

    w takim razie mógłby Pan coś napisać o swojej Babci i Prababci w dniu 9 marca, czyli w dzień kobiet wedle kalendarza dr Krajskiego.

  10. Maria G. pisze:

    Zazdroszczę Państwu osobnych stołówek dla wykładowców na uczelni. U nas niestety już nie ma stołówki jako takiej, są tylko prywatne bufety, i to mocno egalitarne, nie ma osobnych miejsc dla pracowników. Co więcej, miejsca te są zawsze mocno zatłoczone, a studenci najczęściej uczą się przy stolikach, blokując miejsce tym, którzy chcieliby zjeść. W wielu sądach jest podobnie, bufety są ogólnodostępne dla wszystkich, począwszy od klientów skończywszy na prezesie sądu. A gabinety? Należy się teraz zastanowić, czy gabinet wykładowcy / sędziego jest miejscem, w którym da się w spokoju spożyć posiłek? Ja na przykład dzielę pokój z trzema innymi pracownikami. Co chwilę przychodzi do kogoś z nas student – nawet poza oficjalnym dyżurem – no ale przecież nie zamkniemy się na klucz. Odsyła się go nieraz na oficjalny dyżur, ale tak czy inaczej niefajnie, gdy zobaczy, że konsumujemy coś w pośpiechu nad klawiaturą. A sędziowie? Byłam kiedyś w sądzie w gabinecie mojego kolegi, który jest sędzią. W gabinecie jest co prawda sam, ale z racji że jego pokój jest w miarę duży w porównaniu do innych, służy jako magazyn akt. Często wchodzi tam ktoś np. z sekretariatu – jak byłam u niego, w krótkim czasie kilkukrotnie ktoś nam przeszkodził. Jakoś też nie wyobrażam sobie jedzenia ani nad klawiaturą, ani nad aktami. Dodam jeszcze, że ciężko jest za każdym razem przesuwać wszystkie akta z biurka, gdy chce się zjeść kanapkę. Aha, jeszcze dodam, że kiedyś mieliśmy coś w rodzaju pokoju socjalnego, ale go przerobiono na salkę seminaryjną. Taka jest rzeczywistość, Szanowni Państwo. To przykre, ale chcąc zachowywać się zgodnie z sv, pracownicy o których mowa musieliby w ogóle zrezygnować z jedzenia w pracy.

  11. Studentka pisze:

    Szanowny Panie, nieraz zdarzało mi się (jako studentce) jeść przy jednym stole z wykładowcami. I naprawdę, nie uważam, żeby przez to profesor tracił autorytet… A już sytuacja gdy student głośno używa na stołówce wulgarnych słów… no nie, nigdy się z czymś takim nie spotkałam (to nie więzienna kantyna…). Nawet gdyby tak było, to świadczy to o tym studencie-chamie, a nie o ludziach, którzy akurat przebywają z nim w tym samym pomieszczeniu.

  12. Aluś pisze:

    Mam wrażenie, że wszyscy tu obecni ulegają jakieś magii przemocy symbolicznej objawiającej się w tytule profesorskim, todze czy łańcuchu. To są tacy sami ludzie, którzy tak samo jedzą, piją, żyją, marzą, śpią czy robią inne rzeczy. Jeżeli czyjś autorytet ma ucierpieć dlatego, że kupuje pomidory w Biedronce (które nawiasem polecam, gdyż są całkiem smaczne), albo je kanapkę to oznacza, że tego autorytetu nigdy nie miał. Autorytetu nie zdobywa się za pomocą wyszukanej celebry, ale swoją szlachetną postawą, taktem, uczciwością, mądrością i całym szeregiem innych niemierzalnych zalet ducha. Kupując w Biedronce czy odnosząc samemu naczynia nie przestaje się być przecież szlachetnym, dobrym i mądrym człowiekiem.

  13. Leila pisze:

    Do Monika: ma Pani na myśli to, ze profesor nie powinien robić zakupów, czy tez je publicznie, czy jak?

  14. Niebawem odpowiem Panu Alusiowi.

  15. Monika pisze:

    Do Leila: Nie, nie mam tego na myśli. Oczywiście, że powinien robić zakupy. Chciałam tylko zaznaczyć, ze dla studentki, dla której profesor jest guru w swojej dziedzinie (a studentka ta studiuje muzykologię, mamy więc do czynienia z humanistyczną, uduchowioną osobą), widząc swojego guru przy tak prozaicznej czynności jest zaskoczona. Nie myśli się o tym, że przecież profesor też coś gotuje, je i tak dalej, tak jak i nie myśli się o tym, że wszystkich ludzi dotyczą inne przyziemne sprawy (chociażby defekacja).

  16. Maddie pisze:

    Panie Alusiu, to nie tak. Jedzenie, picie, czy robienie zakupów w Biedronce, to czynności prywatne. Tu zatem chodzi o to, że pewne osoby muszą utrzymać tzw. autorytet urzędowy, a więc w sytuacji, gdy mogą być zauważone przez osoby, podlegające ich urzędowi, powinny się od tych czynności powstrzymać. Nawet najbardziej sprawiedliwy i szlachetny sędzia, traci swój autorytet urzędowy nad talerzem pomidorówki w bufecie. Podobnie jak najmądrzejszy i najbardziej szanowany profesor w stołówce studenckiej (chyba, że jest tam wydzielona prywatna sala). Może jako osoby fizyczne autorytetu w takich okolicznościach nie tracą, ale jako urząd, już tak.

  17. czytelnik pisze:

    e tam jedzenie pomidorówki to normalna rzecz, już nie przesadzajmy z tym. sędzia to człowiek jak każdy inny i profesor też. tak,defekuje się.

  18. dude pisze:

    I właśnie dlatego sędziowie powinni nosić peruki! Trudniej rozpoznać wtedy takiego sędziego nad talerzem zupy.

  19. Maddie pisze:

    Z jedną uwagą: w sądzie, sędzia to nie człowiek, a urząd. Cały czas mówię tutaj o autorytecie „urzędowym”, na który czy komuś się podoba czy nie, ma wpływ jedzenie tej nieszczęsnej pomidorówki. W sensie, że wygląda wtedy mniej poważnie, a raczej- niepoważnie.

  20. Przemysław Grzmotnicki pisze:

    Panie profesorze, a jak sprawa wygląda z korzystanie z publicznego szaletu tudzież toalety na uczelni? Czy profesor korzystający ze zlewu, pisuaru lub kabiny (co implikuje potrzebę „cięższej” kategorii”) powinien zwracać uwagę na to, czy w pobliżu znajdują się studenci?

  21. Nie powinien przy nich korzystać z pisuaru. reszta to już kwestia biologii.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s