Czy zaprosić na ślub najbliższych, z którymi jesteśmy od lat w konflikcie?

Pani Azalia napisała: Mamy obowiązek zaprosić najbliższą rodzinę? A co jeżeli z kimś z rodzeństwa mamy konflikt-w chwili brania ślubu od 15 lat, zero kontaktów itp. Wcześniejsze święta typu imieniny i urodziny oddzielnie, brat życzeń. Konflikt nie zażegnywalny. Czy ociekająca fałszem pokazówka jest zgodna z sv?

To jest jak w dyplomacji. Pani wysyła zaproszenie. Oni się nie pokazują, ale piszą list z podziękowaniem i informacją, że nie mogą przybyć.

To jest scenariusz savoirvivrowy.

Poza tym cuda się zdarzają. Może przyjadą? Może się Państwo pogodzicie?

Opublikowano Ślub i wesele | 4 komentarze

Czy można rozcieńczać kawę?

Ten problem zgłosiła Pani Lucyna: Czy podając po obiedzie kawę z kawiarki można postawić na stole dodatkowy dzbanuszek z wrzątkiem, żeby goście mogli sobie rozcieńczyć takiego „diabła”? Wydaje mi się to lepszym rozwiązaniem niż podawanie kawy zalewanej osobom, które nie mogą się przekonać do mokki.

Rozcieńczać w ten sposób można tylko herbatę. Ma ona taka naturę, że przeróżne jej rozcieńczenia dają tak samo pozytywne efekty (kwestia gustu). Stąd herbatę można podawać o prostu w filiżankach, ale wyższą formą jest podawanie jej w dzbanku wraz z podawaniem dzbanka wrzątku, a najwyższą podawanie oddzielne esencji i wrzątku (wtedy każdy może sobie zrobić herbatę według swojego gustu).

Kawa to napój który ma tylko kilka możliwości podawania. Stąd w wielowiekowym doświadczeniu wypracowano 3 typy ekspresów do kawy (takich stawianych na gaz): mały (mokka lub inaczej espresso) średni i duży (ten ostatni jest na 2 lub 3 kawy). To są podstawowe bardzo różniące się smakiem kawy. Z ekspresu dużego robimy kawę raczej tylko wtedy gdy jest wielu gości a mało służby lub kawę śniadaniową (z mlekiem). Osobom, które (dosyć profanacyjnie) lubią słabą kawę możemy podawać tzw. „Americano” (do małej kawy wlanej do kubka dolewamy filiżankę wrzątku). Kawę wymyślili Włosi dla profanów i nadali jej pogardliwą nazwę.

W Polsce (ale i w innych krajach słowiańskich) podaje się też niekiedy kawę „plujkę” czyli zalewana, która z kawą po turecku nie ma nic wspólnego (jest to ewidentnie echo czasów komuny, gdy żadnych ekspresów nie było i niektórzy się przyzwyczaili).

Do kaw szlachetnych należy też kawa po arabsku zwana też „po turecku”, ale nie każdy ją lubi (ja np. nie; pijam wyłącznie kawę z małego ekspresu, rzadko, i tylko na śniadanie z dużego).

Klasyczna, stara jak świat jej formuła jest następująca: wlewamy do wąskiego i wysokiego garnczka filiżankę wody, wsypujemy dwie łyżki kawy mielonej i szczyptę soli i, gdy zacznie kipieć wlewamy dwie łyżki stołowe zimnej wody, gdy znowu zakipi jest gotowa.

Najsłynniejszy europejski smakosz Brillat-Savarin twierdził, że kawa będzie dobra tylko wtedy, gdy ziarna utłuczemy w moździerzu, a cukier będzie w naturalnych kawałkach.

Kawy z domowych, skomputeryzowanych ekspresów elektrycznych trudno określić inaczej niż „globalistyczny szajs” (do przyjęcia jest elektryczny ekspres skonstruowany na wzór ekspresu na gaz , w przeszłości inny żywy ogień).

Inne typy „kaw” to w zasadzie nie są kawy, lecz swoiste desery kawowe na gorąco lub zimno.

Sam widziałem Polkę, która zamówiła wieczorem, po obiedzie cappuccino. Zbiegli się wtedy kelnerzy i okoliczni Włosi. Dla nich to była sensacja. Na ich twarzach malowało się zdziwienie, zgorszenie i pogarda.

Opublikowano Kawa | 10 komentarzy

Druga przygoda w Nałęczowie – jeśli chcesz swoje marzenia spełnisz (wyjątek z filozofii savoir vivre)

Pewnego dnia udaliśmy się na pieszą wędrówkę i dotarliśmy do miejsc, w których nigdy nie byliśmy. W miejscowości Drzewce na trafiliśmy an tablicę ze strzałka i napisem „Ogród rustykalny”. Ruszyliśmy w jego kierunku. Ogród był olbrzymi, ale wyraźnie bardzo młody. Wszystkie krzewy i drzewa to były „niemowlęta”. Gotowe były alejki, ławeczki, altanki z ławkami i stołami.

W środku ogrodu spotkaliśmy kobietę, która pieliła jeden z klombów i od niej dowiedzieliśmy się jaka jest historia tego ogrodu.

Kobieta przez całe życie pracowała na kolei (z tego co zrozumiałem w jednym miejscu przerzucają zwrotnice. W pewnym momencie zaczęła marzyć o założeniu ogrodu rustykalnego.

Gdy przeszła na emeryturę zaczęła walczyć o zrealizowanie swojego marzenia. Ziemię dał jej samorząd, pieniądze wywalczyła od Szwajcarów (kilkadziesiąt tysięcy franków), projektanta znalazła w Lublinie, rośliny kupowała w całej Polsce.
Teraz od świtu do nocy pracuje w tym ogrodzie (pomaga jej mąż) i mówi z dumą: „Za 10 lat będzie pięknie wyglądał” (na lessach wszystko rośnie jak na drożdżach).

Cóż kobieta z tego ma?

Przez wiele lat (jak Bóg da) będzie patrzyła na ten ogród, na to jak rośnie i pięknieje).

Opublikowano Filozofia savoir vivre, Przygody w Nałęczowie | 4 komentarze

Kogo nie musimy zapraszać na wesele?

Pani Małgorzata napisała: Dwa lata temu wzięliśmy ślub i zależało nam, aby nikogo nie urazić. Na przyjęcie zaprosiliśmy całą rodzinę oraz najbliższych przyjaciół, z którymi utrzymywaliśmy regularny kontakt. Było to kilka osób poznanych w klasie licealnej, na studiach lub w instytucjach muzycznych. Pozostałym znajomym (z którymi utrzymywaliśmy życzliwe relacje, ale z którymi widywaliśmy się rzadko, gdyż nasze ścieżki rozeszły się) wysłaliśmy zaproszenia jedynie na uroczystość w kościele (która była dla nas najważniejsza, i którą chcieliśmy dzielić z jak najszerszym gronem życzliwych nam osób). Wszystkich, którzy zaszczycili nas swoją obecnością, obdarowaliśmy specjalnie zamówionymi na tę okazję smakołykami.
Dzisiaj, po dwóch latach od uroczystości, usłyszałam jednak komentarz, który bardzo mnie dotknął. Mianowicie jeden z klasowych kolegów ocenił nasze zachowanie jako „wartościowanie znajomych z klasy” i „dzielenie ich na lepszych i gorszych”, ponieważ kilka osób dostało zaproszenia na przyjęcie, a pozostali nie. Czy rzeczywiście zachowaliśmy się nietaktownie? Czy tego typu uwagi są w ogóle dopuszczalne?
Dodam, że ze wspomnianym kolegą utrzymywałam w przeszłości serdeczne relacje, ale od kilku lat (pomimo kilku propozycji z mojej strony) nie udało nam się spotkać (chyba że przypadkiem na ulicy) i nasza znajomość ograniczała się w zasadzie do kontaktów wirtualnych.
Nie dysponowaliśmy też budżetem, który pozwoliłby nam zaprosić wszystkich znajomych z klasy, a osobiście preferujemy bardziej kameralne przyjęcia.

Zachowanie Pani Małgorzaty i jej męża była bez zarzutu. Mamy obowiązek zaprosić na wesele tylko najbliższą rodzinę, oraz te osoby wobec których mamy tzw. zobowiązania towarzyskie (np. one zaprosiły nas na swój ślub lub mamy z nimi bliskie i częste kontakty przyjacielskie). Jeśli zapraszamy na ślub jeszcze inne osoby to jest nasz wybór i ktoś wobec kogo nie mamy zobowiązań towarzyskich i którego nie zaprosiliśmy nie może o to mieć pretensji. Zachowanie kolegi Pani Małgorzaty było niestosowne (ujmując ten problem delikatnie).

Opublikowano Ślub i wesele | 3 komentarze

Pierwsza przygoda w Nałęczowie (savoir vivre w odwrocie)

Pojechaliśmy do Nałęczowa na rowerach po zakupy. Po ich zrobieniu usiedliśmy w ogródku cukierni, która znajduje się blisko głównego wejścia do Parku Zdrojowego. Ja zamówiłem kawę, żona herbatę i sernik na zimno. Przyniosłem na tacy to wszystko do ogródka (w cukierni jest samoobsługa). Przy stoliku naprzeciwko usiadło nobliwe małżeństwo około sześćdziesiątki. Ona weszła do cukierni i kupiła tam dwie porcje sernika do zjedzenia na miejscu. On w tym czasie wyjął z torby dwie porcelanowe filiżanki ze spodkami i łyżeczkami, termos (z którego nalał kawy do filiżanek) oraz oraz mleczko do kawy w plastikowych kapsułkach.

Pani, gdy przyszła pośliniła palec i podniosła go do góry, a następnie powiedziała głośno: „Jego dym (miała mnie na myśli, paliłem papierosa) do nas nie dojdzie, bo wiatr jest w przeciwna stronę).

W podobnym wydarzeniu uczestniczyłem kilka lat temu. Byliśmy w jednym z uzdrowisk i jedliśmy śniadanie w ogródku eleganckiej restauracji. Doszli do nas nasi dalecy znajomi bardzo bogaci ludzie. W torbie nieśli pieczywo kupione w pobliskiej piekarni. Wyłożyli je na stół i ona stwierdziła: „Bułek i chleba nie musicie już zamawiać”.

Okazuje się, że są jeszcze na świecie ludzie, którzy nie znają podstawowej zasady zachowania w lokalach: nie jemy i nie pijemy niczego, co przynieśliśmy ze sobą i nie rozumieją dlaczego takie zachowanie jest pogwałceniem nie tylko podstawowych wskazań etykiety, ale również podstawowych norm cywilizacyjnych.

A może to „tylko” cwaniactwo?

Ciekawe czy idąc w gości zabierają ze sobą swoje przysmaki, które spożywają na talerzach postawionych przez gospodynię na stole?

Opublikowano Przygody w Nałęczowie, Restauracja, Zachowania niewłaściwe | Dodaj komentarz

Przygody w Nałęczowie – człowiek się ciągle uczy

Kilka dni nie udało mi się nawet zajrzeć na blog. Czas nagle nasycił się intensywnie różnymi wydarzeniami, z których wiele było lekcjami życia i myślenia, w tym myślenia w perspektywie savoir vivre. Odwiedziło nas wielu niespodziewanych gości, poznaliśmy wielu ludzi w tym potomków tych, którzy zamieszkiwali okoliczne pałace. Przeżyliśmy wiele przygód kulturalnych i savoirvivrowych (oraz innych). Mam nadzieję, że uda mi się podzielić z czytelnikami bloga przynajmniej niektórymi z tych najbardziej pozytywnych doświadczeń.
Gdy piszę te słowa właśnie jedni goście wyjechali, a drudzy zapowiedzieli swój przyjazd za pół godziny. W międzyczasie być może uda mi się zwiedzić dom, który stoi teraz pusty, a którego historia zachęca do tego, by go zobaczyć. Dom został postawiony, zaraz po drugiej wojnie światowej w takim miejscu, że praktycznie nie można do niego dotrzeć żadnym (poza rowerem) pojazdem. Z żadnego miejsca go nie widać, a jest prawie w centrum Nałęczowa. Stoi na zboczu góry. Zaprojektowali go, zbudowali kaskadowo i wyposażyli bardzo zdolni artyści, wkładając w niego (podobno) cały swój artyzm. Zamieszkali w nim i rozpoczęli tam… fałszować obrazy z różnych epok. Proceder trwał wiele lat, aż odpowiednie służby wpadły na ich trop. Wtedy sprzedali z dnia na dzień dom za niewielką cząstkę jednemu z mieszkańców Nałęczowa i rozpłynęli się w powietrzu, wszelki ślad na zawsze po nich zaginał. Człowiek, który kupił dom przemieszkał w nim całe życie i zmarł. Teraz jest przygotowywany na wynajem przez jego spadkobierców. Przygoda z tym domem to jedna z naszych przygód jutrzejszych, nietypowo jak wiele przygód, które tu już przeżyliśmy.

Opublikowano Przygody w Nałęczowie | 3 komentarze

Kto za kogo płaci w restauracji?

To pytanie nurtuje Panią Adriannę: Otóż prowadzimy z mężem biuro podróży i szukamy obecnie pracownika. Rozmowy rekrutacyjne przeprowadzamy najczęściej w kameralnej kawiarni u mojej przyjaciółki. Zależy nam na miłej i nie napiętej atmosferze, stąd ten wybór. Czasami na takie rozmowy chodzi mąż, jednak częściej ja. I tu pojawia się pytanie, kto powinien zapłacić za ciasto i kawę? Rekrutujący za wszystkich, czy każdy za siebie? Czy ma znaczenie płeć którejkolwiek ze stron? Ostatnio poczułam się niezręcznie, gdyż rozmawiałam z młodym mężczyzną, a po skończonym standardowym zestawie (kawa, ciasto), moja przyjaciółka podeszła i zapytała czy podać coś jeszcze, na co kandydat odparł niby żartem, że skoro takie to pyszne, to „naciągnę” panią na jeszcze jeden kawałek. Trochę oniemiałam, jednak bez słowa zapłaciłam potem za wszystko, nie komentując sytuacji. Bardzo proszę o komentarz. Mój mąż uważa, że nie powinnam płacić jeśli chodzę ja i rozmawiam z kandydatem-mężczyzną. Chciałabym to zweryfikować pod kątem savoir vivre.

Jest tutaj jedno proste wskazanie: płaci ten kto zaprasza niezależnie od wieku, płci, rangi itd.

Kiedyś było tak, ze to zawsze tylko mężczyźni zapraszali kobiety, osoby starsze zapraszały osoby młodsze.

Jeśli jednak kobieta zaprasza mężczyznę powinna zapłacić, chyba, że on ją skrycie ubiegnie.

Jeśli ktoś zadaje pytanie: „A może pójdziemy na obiad do restauracji?”, a pozostałe osoby odpowiadają tak, to każdy płaci za siebie (w tym wypadku jednak też warto, by nie było nieporozumień, to określić).

Opublikowano Restauracja | 1 komentarz