Savoir vivre palenia papierosów

Ten problem wywołał Pan Gorab: Skoro przy papierosach jesteśmy, będę wdzięczny za kilka zdań odnośnie samego sposobu palenia. Czy wskazania savoir vivre jakkolwiek to określają? Jeśli nie, to jak wyobraża pan sobie idealnie palącego dżentelmena? Postawa, wydmuchiwanie, strząsanie, odgaszanie przy braku popielniczki, interakcja z innymi palaczami (kiedy i komu zaproponować wyjście, czy zawsze zaproponować poczęstunek własnymi, czy np. zawsze podpalać kobiecie lub starszemu/ważniejszemu towarzyszowi, czy zawsze czekać aż dopalą wszyscy). Czy jakiś rodzaj papierosów bardziej lub mniej przystoi mężczyźnie/kobiecie, czy obecnie nie ma to już znaczenia? Czy papierosy lepiej wyglądają w papierośnicy, czy to raczej kobiece? Bo moim zdaniem, zwłaszcza przy otwieraniu paczki źle wygląda szarpanie się publicznie z tysiącem tasiemek, folijek i papierów na obecnie produkowanych paczkach, pomijając, że nie każdy w otoczeniu może mieć ochotę na oglądanie tych wszystkich zdjęć. Jak dżentelmen powinien sobie radzić z pozbywaniem się petów w dobie antynikotynowego terroru, który zewsząd usuwa popielniczki? Jest to problem na przykład przed budynkiem mojej firmy, gdzie – niestety – wszyscy wrzucają je do studzienek. Słowem – jakakolwiek nowa wiedza w tym temacie mile widziana.

Palacz ze świata savoir vivre pali przy innych tylko papierosy najwyższej jakości o pięknym zapachu.
Papierosy trzyma w papierośnicy (tektura i plastik nie występują w świecie savoir vivre, a poza tym papierośnica nie wypycha kieszeni), która ma być z założenia pięknym cackiem.

Zapala metalową, piękną, zapalniczką.

Ma zawsze przy sobie kieszonkową popielniczkę i gdy nie ma w pobliżu popielniczki to w niej gasi papierosy i ją zamyka.

Papierosy pali się z reguły w palarni i wtedy, jeśli przychodzimy do niej w towarzystwie, czekamy na pozostałych i wychodzimy w tym samym towarzystwie.

Nie wydmuchujemy dymu na innych.

Kobietom i starszym proponujemy zapalenie papierosa swoją zapalniczką. Jeśli osoby siedzą zapalając drugiemu papierosa wstajemy.

Reklamy
Opublikowano Palenie | Dodaj komentarz

Wino na kieliszki

Ten problem wywołała Pani Halszka: Często spotykam się z tym, że w restauracjach można zamawiać wino ,,na kieliszki”, zastanawiam się czy możliwość zamówienia np. dwóch kieliszków nie świadczy źle o restauracji. Wydaje mi się, że narusza to pewne zasady. Ostatnio chcąc zamówić butelkę wina w restauracji zostałam poinformowana, że nie ma pełnej butelki (ktoś widocznie zamówił kieliszek tego wina), ale jeżeli bardzo mi zależy na jego skosztowaniu, mogę kupić niepełną butelkę za niższą cenę – podziękowałam i odmówiłam. Rozumiem, że kelnerka chciała dobrze, ale ta propozycja pozostawiła spory niesmak, dlatego chciałam zapytać czy to ja przesadzam czy restauracja nie powinna stosować takich praktyk?

Żyjemy w cywilizacji pewnego schyłku i to w każdej dziedzinie. Kiedyś opisana przez Panią Halszkę sytuacja byłaby nie od pomyślenia.

Kiedyś jednak żadna szanująca się restauracja nie zatrudniłaby na kelnera kogoś „z ulicy”. Kelnerem zostawał ktoś z odpowiednią wiedzą i praktyką. Zostawało się nim po wielu latach nauki przechodząc przez różne stopnie, w tym pomocnika kelnera, młodszego kelnera, kelnera, kierownika sali itd.
Na kieliszki sprzedaje się wyłącznie wina stołowe, wina z najniższej półki. Z kolei wina „prawdziwe” sprzedaje się tylko na butelki, bo takie wino może stać w butelce, po jej otwarciu, bardzo krótko. A poza tym klient ma mieć gwarancję, że to wino najwyższej jakości.

Jest tu problem, przy niektórych winach z ich oddychaniem. Wtedy trzeba się uzbroić w cierpliwość i poczekać aż będzie gotowe.

Opublikowano Wina | Dodaj komentarz

Dobrobyt materialny to w pierwszym rzędzie wolny czas

Taką zasadę poznałem studiując filozofię polityczna okresu międzywojennego. To wielka prawda. Dziś nie ma prawdziwego dobrobytu materialnego. Wszyscy są zagonieni. Ja też go w tym roku nie miałem, choć moja praca, jak zadecydowałem już o tym we wczesnej młodości, to była zawsze tylko praca taka, która wykonywałbym gdybym był milionerem, praca bez zewnętrznych nakazów i bez szefa, bez limitu godzin narzucanego przez kogoś innego.

W tym roku wpadłem w jej wir w wyjątkowy sposób i widać to po tym blogu. Wyraźnie, ale bez własnej winy, go zaniedbałem. Uznałem, że pewne rzeczy muszę zrobić i je zrobiłem (prawie; reszta po wakacjach), ale to zajmowało mi czas od świtu do nocy.

Ale koniec z tym. Od 10 czerwca robię sobie prawdziwe, wielkie wakacje.

Najpierw 10 dni nad morzem, potem 45 dni w Nałęczowie, potem ponad dwa tygodnie nad jeziorami, a potem jeszcze nie wiem co, ale coś.

Nad morzem i jeziorami będzie dużo wakacyjnych obowiązków (wczasy męczą), ale w Nałęczowie to będzie raj – życie ślimaka. I to w Nałęczowie będę mógł codziennie zasiadać do bloga i uzupełniać zaległości w odpowiedziach na pytania i to naprawdę i poważnie.

Opublikowano Filozofia savoir vivre | Dodaj komentarz

Kawior i krakersy

Ten temat podjął Pan Mateusz: A co etykieta mówi na temat jedzenia kawioru z krakersami (widziałem ten sposób na jakimś filmie)?

Sądzę, że była pewna tradycja jedzenia kawioru z krakersami (a może moda?). To jest też kwestia gustu, ale i przypadku.

Jadłem kawior z krakersami, ale to był właśnie przypadek i to wtedy zakochałem się w kawiorze.

Lata siedemdziesiąte. Jesteśmy z kolegą z liceum w Sobieszewie nad morzem, koło Gdańska. Koniec sierpnia. Trzeba niedługo wracać do szkoły, a oto nam skończyły się nagle pieniądze i nie ma skąd ich zdobyć. Kolega mówi: „Moja mama jest na wczasach w Świnoujściu. Jedźmy do niej to nas poratuje”. Jechaliśmy autostopem dwa dni. Dwa dni nic nie jedliśmy (36 godzin; mój rekord to 62 godziny, gdy skończyła nam się, również jako licealistom, gotówka w Bułgarii). W pokoju mamy kolegi byliśmy o północy. Miała tylko polskie krakersy, rosyjski kawior, niemiecką wódkę (była dyplomatą). Tej kolacji nie zapomnę nigdy. Nakładaliśmy obficie kawior na krakersy i popijaliśmy (bardzo ostrożnie jako wygłodzeni) wódką. Wódka nam nie zaszkodziła. Następnego dnia czuliśmy się jak młodzi bogowie, po wyjściu z namiotu, który rozbiliśmy w jakichś bardziej ustronnych krzakach na obrzeżach miasta.

Opublikowano Kulinaria | Otagowano | Dodaj komentarz

Czy istnieją jeszcze klasy społeczne?

Ktoś powie: nie. Jest demokracja. No właśnie dzisiejsza demokracja ma w sobie wiele ze skrajnie lewicowej ideologii. Jednym z jej utopijnych i lewackich celów jest doprowadzenie do zrównania, a następnie likwidacji klas społecznych i postawienie na pierwszym miejscu klasy, która kiedyś nazywana była proletariatem. To pod gust tej klasy wytwarza się produkty spożywcze i inne, tworzy programy telewizyjne i radiowe, filmy, mody w tym modę dotycząca ubiorów.
Tak na marginesie. Jednym z czynników proletaryzacji społeczeństwa jest szkolnictwo. Kiedyś funkcjonowało ono w ten sposób: szkolnictwo podstawowe dla wielu, szkolnictwo średnie dla niewielkiej części, studia wyższe dla nielicznych. W zdrowej demokracji ten podział również powinien funkcjonować. Odsiew związany byłby ze zdolnościami i chęciami do nauki (a nie tylko chęcią skończenia wyższych studiów). Dziś w Polsce mamy najwyższy w historii odsetek osób z maturą i wyższymi studiami. Ich poziom jednak, siłą rzeczy, poszybował w dół i stał się iście proletariacki. Jeśli jeszcze 20 lat temu mówiło się o takiej klasie jak inteligencja to dziś bardzo trudno ja wyodrębnić. Ukończenie wyższych studiów (tym bardziej zyskanie matury) przestało tu być jakimkolwiek kryterium.

A jednak klasy społeczne (czy jak kto woli warstwy) funkcjonuj tylko w sposób mnie n zauważalny, bo wiążą się z dochodami i stylem życia (pewnymi wartościami codziennymi).

W okolicy mojego miejsca zamieszkania funkcjonują trzy sklepy spożywcze wielkopowierzchniowe: „Biedronka”, „Auchan”, „Frac”.

Czasami, gdy przechodzimy z żoną koło „Biedronki” odwiedzamy ją (bardzo rzadko). Klientela jej wyraźnie się wyróżnia: spotkać tam można najbiedniejszych, cudzoziemskim robotników (głównie Ukraińców), emigrantów (Arabów i Hindusów), robotników z pobliskich budów, margines społeczny. Wózki tego sklepu są na monetę, ale i tak można je napotkać w najbliższej okolicy porzucone przy miejscach parkingowych i wejściach do budynków. Kto tak postępuje?
Klienci „biedronki” to osoby, które mają jeden cel: kupić jak najtaniej.

Niekiedy odwiedzamy z żoną pobliski „Auchan” kupując tam francuskie soki cytrusowe wyciskane, pasteryzowane. Tam jest już wyraźnie lepsza klientela, choć nie oznacza w wielu wypadkach, że dużo lepsza. Wózki na zakupy są na monety. Nikt ich nie porzuca przed sklepem.
Klienci „Auchan” to osoby, które mają z reguły dwa cele: kupić jak najtaniej i żeby wybrane produkty „z wyższej półki” nie były niskiej jakości, ale jednak w miarę tanie. Ci klienci znaczną część produktów kupują tylko ze względu na niższą niż gdzie indziej cenę.

Koszmarem tak „Biedronki” jaki i „Auchan” jest brak właściwej obsługi doradczej i bardzo długie (często) kolejki oraz poziom kulturowy kasjerów (z reguły niski, szczególnie w „Biedronce”).

„Frac” to sieć polskich sklepów wielkopowierzchniowych określanych przez właściciela jako delikatesy. Nazwa „Frac” pochodzi od nazwiska właściciela. Jest nim przedsiębiorca z Podkarpacia, Pan Frąc. Założeniem tej sieci jest dawanie wszystkich produktów najwyższej jakości (po wyższych oczywiście cenach) przy posiadaniu w asortymencie również niektórych produktów niższej jakości (np. jogurtów, mięsa, wędlin i serów. I tak są wszystkie te polskie i zagraniczne drogie sery, ale i te polskie tańsze quasi sery. Wędliny są własnej produkcji, ale również takich chińskich wytwórni jak Krakus czy Morliny (chiński koncern WH Group będący ich właścicielem przeżył już kilka afer związanych z jakością ich mięsa i wędlin; jest też największym „wytwórcą” na świecie mięsa wieprzowego – gigantyczne fermy w Chinach) oraz duńskich producentów quasi wędlin (np. „Sokołów”). Mięsa są ze zwykłych ubojni i hurtowni (nasączone chemicznymi roztworami), ale też samodzielnie pozyskiwane przez Fraca (które chemii nie mają w sobie i są oczywiście droższe).

Klientela „Fraca” wyróżnia się twarzami, ubiorami i zachowaniem. Personel również. Jest ponadto profesjonalny.

Wózki są bez monet i nikt nie zostawia ich na parkingu czy gdzie indziej. Kolejek nie ma.

Klientów „Fraka” interesuje wyraźnie wyłącznie jakość produktów i komfort zakupów. Nie polują na niższe ceny (bo takich tu nie ma). Kupują tu również te produkty, które mogliby kupić taniej w „Auchan” czy „Biedronce”.

I nie jest tak, że we „Fracu” kupują tylko najbogatsi. Tych najbogatszych można spotkać również w „Auchan” (struktura zakupów, ubiór, samochód z najwyższej półki).

Opublikowano Klasa średnia | Dodaj komentarz

Życzenia świateczne

Na te katolickie święta składam wszystkim Czytelnikom katolickie życzenia:

Niech Zmartwychwstały Chrystus obudzi w nas to,

co jeszcze uśpione, ożywi to, co już martwe,

niech światło Jego słowa prowadzi nas

drogami wiary przez każdą chwilę naszego życia.

Opublikowano życzenia | Dodaj komentarz

Czy można życzyć „bon apetit”?

Osoba, która się podpisała tylko „:)” napisała: Uważam, że życzenie „dobrego apetytu” to bardzo nietrafiona kalka językowa, która brzmi równie śmiesznie, co nadinterpretacja słowa „smacznego” jako „może być niesmaczne, ale ma Wam smakować”. Jeśli jest tak dużo osób, które czują się urażone życzeniem smacznego, to może pora zacząć edukować dzieci w szkołach na ten temat, by używać innych, grzecznych zwrotów towarzyszących rozpoczynaniu posiłku, bo przecież o to dokładnie chodzi – o bycie miłym i kulturalnym. Jednak osobiście nigdy nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że określenie „dobrego apetytu” brzmi lepiej od „smacznego”. Niestety, moim zdaniem, brzmi to absurdalnie.

Dziękuję bardzo za ten wpis. Dzięki niemu uświadomiłem sobie, że nie napisałem tekstu (sprawdziłem to, który korygowałby przedstawiane przeze mnie wcześniej stanowisko.

W dawnych tekstach kierując się rozstrzygnięciami podręczników pisałem, że nie można mówić na rozpoczęcie posiłku „smacznego”, ale można mówić (tak rozstrzyga kilka podręczników) „bon apetit”.
Zmieniłem zdanie, gdy ks. Jochemczyk, którzy od wielu lat posługuje we Włoszech opowiedział mi o pewnym wydarzeniu ze swojego życia. W regionie w którym jest proboszczem w 4 parafiach i dziekanem posługuje wielu włoskich kapłanów, pochodzących z rodzin arystokratycznych. Oni nadają ton w perspektywie savoir vivre.

Pewnego razu ks. Jochemczyk szedł ulicą w sąsiednim mieście i natrafił na znajomego proboszcza, który jadł obiad przy stoliku restauracyjnego ogródka. Podszedł do tego proboszcza, przywitał się i powiedział „Bon apetit”. Proboszcz wstał wyraźnie oburzony i wyjaśnił ks. Jochemczykowi powody swojego oburzenia: „Słów bon apetit mogą używać prości ludzie. Oni jedzą, by zaspokoić głód lub podpowiada im to apetyt. Dla nas posiłek jest zawsze tylko wydarzeniem artystycznym, dokonuje się w perspektywie sztuki kulinarnej. Jemy z tego powodu, z którego słuchamy koncertu Mozarta. Nie mów do mnie nigdy bon apetit”.

To „dla nas” dotyczy wszystkich ludzi ze świata savoir vivre.

Ten proboszcz mnie przekonał. Nie mówmy nigdy ani „smacznego” ani „dobrego apetytu”, ani „bon apetit”.

Opublikowano Stół | 1 komentarz